Jakiś czas temu pewna, znająca mnie bardzo dobrze osoba, zadała mi pytanie, które brzmiało :
"Jak to jest ,że masz taką niską samoocenę podczas gdy twoje rodzeństwo ma ją wręcz zawyżoną ?".
Pytanie to zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego posta. Napiszę troszkę o tym jak relacje między rodzeństwem przekładają się na dalsze życie człowieka w społeczeństwie ...Ale przede wszystkim wrzucę tu kilka zasad, których ja staram się trzymać wychowując moje córki (na zgodne, kochające się rodzeństwo).
Kiedyś myślałam , że to jak wyglądają relacje rodzeństwa w dzieciństwie nie ma żadnego związku z tym jak te relacje będą wyglądały w późniejszych latach ,ani na to jak będą wyglądały relacje z innymi ludźmi. To było błędne myślenie. Twierdze tak nie tylko na podstawie obserwacji moich relacji ,ale również na podstawie obserwacji tego co dzieje się w innych rodzinach.
"Jak to jest ,że masz taką niską samoocenę podczas gdy twoje rodzeństwo ma ją wręcz zawyżoną ?".
Pytanie to zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego posta. Napiszę troszkę o tym jak relacje między rodzeństwem przekładają się na dalsze życie człowieka w społeczeństwie ...Ale przede wszystkim wrzucę tu kilka zasad, których ja staram się trzymać wychowując moje córki (na zgodne, kochające się rodzeństwo).
Kiedyś myślałam , że to jak wyglądają relacje rodzeństwa w dzieciństwie nie ma żadnego związku z tym jak te relacje będą wyglądały w późniejszych latach ,ani na to jak będą wyglądały relacje z innymi ludźmi. To było błędne myślenie. Twierdze tak nie tylko na podstawie obserwacji moich relacji ,ale również na podstawie obserwacji tego co dzieje się w innych rodzinach.
Myślę ,że zacząć ten temat trzeba od tego , iż to rodzice i najbliższa rodzina są odpowiedzialni za to jak te relacje między dziećmi wyglądają. I to już w pierwszych dniach od pojawienia się młodszej pociechy. Wiadomo ,że kiedy w rodzinie rodzi się drugie dziecko to, to pierwsze często czuje się zepchnięte na dalszy plan. Wynika to w dużej mierze z przyczyn , że tak to nazwę "technicznych". Zaabsorbowani zmienianiem pieluch, karmieniem, walką z kolkami i różnymi innymi "atrakcjami" związanymi z narodzinami nowego członka rodziny, często nie mamy siły by pokazać starszemu dziecku, że jest dla nas równie ważne jak to "nowe". W konsekwencji , to "stare" dziecko może czuć się zazdrosne, odrzucone , ale jednocześnie nie chcąc pogodzić się z odtrąceniem, może uciekać się do niebezpiecznych metod zwracania na siebie uwagi.
Na szczęście żyjemy w czasach kiedy ludzie są pewnych rzeczy bardziej świadomi niż jeszcze np. dwie dekady temu , więc potrafimy rozegrać to wszystko tak by pojawienie się rodzeństwa było możliwie jak najmniej bolesne dla starszego dziecka. Ludzie np. organizują przyjęcia na cześć stania się starszym bratem lub siostrą. Często też gdy pojawia się w domu noworodek , to goście którzy przybywają z wizytą i przynoszą ze sobą prezenty dla maleństwa ,starają się nie zapominać o przyniesieniu czegoś dla większych dzieci. Ewentualną zazdrość można również wyeliminować , angażując starsze rodzeństwo w pomoc przy młodszym. Uwierzcie,że z pozoru głupia pochwała za przyniesienie "pampsiona" , może spowodować , że świeżo upieczony brat/ siostra poczują się równie ważni co ten człowiek w powijakach. :). Super kiedy na pomoc przy dzieciach możemy liczyć na babcie, ciocie itd. Podczas kiedy nam przyjdzie zmieniać kolejny kaftanik ( bo, ojoj, bobasowi się ulało), babcia może wyjść ze starszym smykiem na spacer. Lub na odwrót- niech babcia zmienia te zafajdane ubranka a my idźmy na spacer - to nawet lepsza opcja niż ta pierwsza :) .
Świetnie! Udało nam się przetrwać pierwsze dni ,tygodnie, nawet miesiące i nie usłyszeć z ust starszego dziecka np :
" Nie lubię dzidzi",
" Nie możemy jej gdzieś oddać?",
" Wolałabym mieszkać tylko z mamusią i tatusiem". itd.
Udało się nam również nie sprowokować sytuacji ,podczas której większy mały człowiek wznieca pożar w domu czy pozbywa się większości włosów jednym ciachnięciem nożyczek.-To znaczy ,że nie musiało desperacko zabiegać o naszą uwagę. :) - Sukces...:)
I co dalej?
Dalej, wbrew pozorom, jest o wiele trudniej nie spowodować "kwasów" między rodzeństwem...
Ja chciałabym wychować dwie kochające się i wspierające siostry. Takie które będą mogły sobie ufać i będą mogły na siebie liczyć w każdej sytuacji. Takie, które nie będą próbowały z sobą rywalizować w chory sposób. Takie , które będą darzyły się wzajemnym szacunkiem.
Próbuję osiągnąć ten cel stosując się do kilku , może nie wymyślonych przeze mnie, ale złożonych w jedna listę ,zasad :
1. Staram się nie porównywać do siebie moich dzieci ...
Co niestety nie oznacza ,że nigdy mi się to nie zdarza. Mam w pamięci jedną taką sytuację :
Pewnego dnia, prawie rok temu, moja młodsza córka pierwszy raz ubrała samodzielnie oba buty . Pewnie fuksem udało się jej ubrać je na dobre nogi. :) Ja powiedziałam wtedy do Zosi : " Zobacz Zosia, Ola pierwszy raz ubrała sama buty i zrobiła to dobrze , a ty nie możesz się przez tyle czasu nauczyć". - Zosi automatycznie zrobiło się przykro. A mi zrobiło się wstyd.
Wypowiadając to zdanie spowodowałam ,że moje starsze dziecko poczuło się gorsze i wykluczyłam je z cieszenia się faktem ,że jej siostrzyczka zdobyła nową umiejętność... :(
Jednak tamta sytuacja, choć dosyć przykra, nauczyła mnie unikać wypowiadania takich słów. Do którejkolwiek z moich córek. :)
2. Jestem konsekwentna wobec obu córek (na raz)...
Przykładowa sytuacja :
Starsze dziecko przydreptuje do kuchni i twierdzi, że jest głodne. Do obiadu została godzina więc podkarmienie jej czymkolwiek może skutkować tym ,że godzinę później będzie siedzieć i dłubać w talerzu widelcem. Cóż- nie pozostaje mi nic innego jak ją odprawić. Chwilę potem zjawia się młodsza. Swą pielgrzymkę do kuchni odbyła w takiej samej intencji, co jej starsza siostra. :) Ją również odprawiam.
Za niedługi czas pojawia się znowu starsza , licząc że coś jednak "ugra".- Nic z tego. Młodsze dziecko również postanawia sprawdzić czy się jej poszczęści.- Kategorycznie odmawiam.
Załóżmy, że sytuacja powtarza się kilka razy i jestem już zniecierpliwiona ich wycieczkami do kuchni, w końcu ulegam jednej z nich. Co wtedy się dzieje?
Po pierwsze - moje dzieci dostały by wtedy sygnał, że to co do nich mówię nijak się ma do tego co robię - a to już nie dobrze. Po drugie - dziecko któremu wcześniej nie uległam czuło by się pokrzywdzone.
No bo jak to? Siostra mogła zapchać się bananem przed obiadem ,a ona nie ? Widocznie mama jej nie kocha... Albo kocha ją mniej... To ona w takim razie nie lubi siostry...
3. Nie napuszczam moich dzieci na siebie...
To znaczy , że nie zachęcam ich do skarżenia na siebie . Nie prowokuje sytuacji , które mogą spowodować , że którejś z moich córek zacznie się wydawać , iż może zdobyć uznanie w moich oczach oczerniając siostrę.
Znam kilka osób które były wychowywane w ten sposób. Najczęściej były najmłodszymi członkami rodzin. Takie osoby obrzydzają dzieciństwo swojemu rodzeństwu nie tylko skarżąc , ale również wyolbrzymiając lub po prostu najbezczelniej kłamiąc na temat swych sióstr czy braci. Niestety ten brzydki zwyczaj często nie mija im gdy dorastają (choć znam wyjątek :) ). Taka osoba, do takich metod będzie się uciekać za każdym razem gdy poczuje się zagrożona lub gdy będzie sobie po prostu chciała poprawić humor...
I będzie się w ten sposób zachowywać nie tylko w stosunku do swego rodzeństwa.
Pod napuszczanie dzieci na siebie można "podpiąć" , również taką , wymyśloną przeze mnie sytuacje :
Gdzieś na świecie żyje sobie kobieta. Ma dwie dorosłe córki .Z obiema stara się utrzymywać kontakt. Pewnego dnia pojawia się u kobiety jedna z córek. Gawędzą sobie przy kawce. O różnych rzeczach. W którymś momencie matka wypala do córki :
"Wiesz, twoja siostra powiedziała ostatnio, że z ciebie dupa a nie kobieta . Ty w ogóle nie dbasz o dom".
Córka początkowo nie dowierza temu co właśnie słyszy, ale z drugiej strony to przecież nie pierwszy raz jej siostra gada na nią do matki. Wzbiera w niej gniew , a w gniewie :
"Ja przynajmniej odniosłam sukces w życiu , a nie siedzę ciągle z tyłkiem w chałupie, oglądając głupie seriale i udając, że coś w życiu robię."
Jak nie trudno się domyślić- Kochana mamusia zda relacje siostrze z dzisiejszej pogawędki. Potem się będzie dziwić ,że jej córki nie chcą razem spędzać czasu , że nigdy jej wspólnie nie odwiedzają...
Cóż... Uważam ,że jeśli komuś zależy by jego dzieci miały ze sobą dobry kontakt , to w takich sytuacjach powinien milczeć,a nie przekazywać dalej to co usłyszał. Wiadomo przecież ,że każdemu zdarzy się powiedzieć coś czego nie powinien na temat drugiej osoby. Po co zatem powtarzać to co się usłyszało skoro wiadomo ,że może to wyrządzić krzywdę. Sytuacja niby fikcyjna , ale to niestety nie znaczy,że takie nie występują.
Występują - i to dosyć powszechnie... :(
4. Staram się być sprawiedliwa.
Bycie sprawiedliwym nie jest prostą sprawą. Bo podobno sprawiedliwie nie znaczy po równo itd. Ja twierdząc, że staram się taka być , mam na myśli :
- Unikanie stosowania odpowiedzialności zbiorowej.
Wiem, że niektórzy rodzice karzą wszystkie swoje dzieci za przewinienie jednego. Myślę ,że stosują to "ku przestrodze". I pewnie nie dość , że nie spełnia to swojego zadania (bo przecież głupoty robi każde dziecko, ba- robią je nawet dorośli) to jeszcze powoduje niechęć rodzeństwa w stosunku do gagatka , który nabroił.
- Podkreślanie mocnych cech dzieci.
To bardzo ważne, tym bardziej kiedy człowiekowi mimo wszystko zdarza się (głośno) porównywać do siebie dzieci. Być może nie zrekompensuje to w całości krzywdy jaką zrobiliśmy dziecku tym porównywaniem , ale...Niech wie, że np. mimo braku umiejętności poprawnego ubierania butów ( :P ), pięknie rysuje , szybko biega , ładnie śpiewa lub recytuje. Myślę, że ważne jest też to, aby dzieciom o tych ich mocnych stronach mówić możliwie jak najczęściej. Wiadomo , że dzięki temu mały człowiek będzie miał wyższą samoocenę.
Wyższa samoocena = akceptacja samego siebie. Akceptacja samego siebie = kochanie samego siebie. Kochanie samego siebie = umiejętność kochania innych. Kochanie innych = Niezatruwanie im życia wytykaniem najmniejszych nawet błędów , celem przelania na nich frustracji wynikającej z samo niezadowolenia ... = Szczęśliwe życie w szczęśliwym otoczeniu ! :)
- Umożliwianie starszym dzieciom spędzania czasu na samodzielnej zabawie.
To niestety punkcik , który u nas najbardziej kuleje. Ale robię co mogę bo mam świadomość ,że nie ma nic bardziej wkurzającego starsze rodzeństwo , niż mały berbeć łażący krok w krok za swym starszym bratem lub siostrą.
Próbujesz się pobawić lalkami - brzdąc ci je wyrywa. Chcesz porysować - już masz "zagryzdaną" całą kartkę ,a świeżo utemperowane kredki obżarte. Chcesz pobawić się z koleżankami - co to za zabawa jak musisz mieć oko na tego małego człowieka ...
No ludzie - przecież ten mały brzdąc to Wasze dziecko , a nie dziecko Waszego dziecka... :) Nawet kogoś , kogo się bardzo lubi, można znienawidzić gdy musi się z nim spędzać za dużo czasu...
- Nie zmuszanie starszego rodzeństwa do każdorazowego ustępowania młodszemu .
Myślę ,że to idzie nam całkiem nie źle . Były nawet sytuacje kiedy moja starsza córka sama , dla świętego spokoju , chciała oddać zabawkę młodszej i musiałam jej wtedy przypominać, że lepiej by było gdyby jej nie oddawała. Nie twierdze, że nie ustępujemy jej nigdy - czasem naprawdę się nie da. :/ Zwykle jednak nie uginamy się pod wpływem szantażu emocjonalnego, jaki funduje nam najmłodszy członek rodziny. Nie chcemy jej po prostu uczyć ,że płaczem i tarzaniem się po podłodze może coś uzyskać...
Gdybyśmy częściej naciskali na starsze dziecko, by ustępowało to podejrzewam ,że zaczęła by się buntować i być może mścić. Wiecie- jakieś ukradkowe szczypanie i kuksańce, zabieranie zabawek gdy nikt nie patrzy. A to , po to by mieć złudzenie rekompensaty za wszystkie te momenty kiedy to ona czuła się mniej ważna bo musiała oddać zabawkę swojej nieznośnej siostrze. :(
To chyba była ostatnia rzecz , którą chciałam zamieścić na liście. Oczywiście istnieje ryzyko ,że potem przypomnę sobie coś jeszcze. Przewiduje, że będę sobie "pluć w brodę " bo znów nie rozplanowałam sobie wpisu .
Wychowując więcej niż jedno dziecko , musimy pamiętać , że gdyby nas- rodziców, kiedyś zabrakło to nasze potomstwo będzie dla siebie najbliższymi osobami pod względem pokrewieństwa. Myślę , że warto zadbać o to aby nie tylko pokrewieństwo je łączyło. Nie mam oczywiście stuprocentowej pewności czy moja lista stanowi klucz do sukcesu w tej dziedzinie - moje dzieci są przecież jeszcze małe. :) Minie kilka , a może nawet kilkanaście lat , nim dowiem się czy postępowałam słusznie. Na ten moment myślę jednak , że moja lista jest dobra. Byłoby mi też pewnie milo gdyby kiedyś okazało się ,że dzisiejszy wpis pomógł komuś w "pokierowaniu" relacjami między jego pociechami. Kto wie ...
Świetnie! Udało nam się przetrwać pierwsze dni ,tygodnie, nawet miesiące i nie usłyszeć z ust starszego dziecka np :
" Nie lubię dzidzi",
" Nie możemy jej gdzieś oddać?",
" Wolałabym mieszkać tylko z mamusią i tatusiem". itd.
Udało się nam również nie sprowokować sytuacji ,podczas której większy mały człowiek wznieca pożar w domu czy pozbywa się większości włosów jednym ciachnięciem nożyczek.-To znaczy ,że nie musiało desperacko zabiegać o naszą uwagę. :) - Sukces...:)
I co dalej?
Dalej, wbrew pozorom, jest o wiele trudniej nie spowodować "kwasów" między rodzeństwem...
Ja chciałabym wychować dwie kochające się i wspierające siostry. Takie które będą mogły sobie ufać i będą mogły na siebie liczyć w każdej sytuacji. Takie, które nie będą próbowały z sobą rywalizować w chory sposób. Takie , które będą darzyły się wzajemnym szacunkiem.
Próbuję osiągnąć ten cel stosując się do kilku , może nie wymyślonych przeze mnie, ale złożonych w jedna listę ,zasad :
1. Staram się nie porównywać do siebie moich dzieci ...
Co niestety nie oznacza ,że nigdy mi się to nie zdarza. Mam w pamięci jedną taką sytuację :
Pewnego dnia, prawie rok temu, moja młodsza córka pierwszy raz ubrała samodzielnie oba buty . Pewnie fuksem udało się jej ubrać je na dobre nogi. :) Ja powiedziałam wtedy do Zosi : " Zobacz Zosia, Ola pierwszy raz ubrała sama buty i zrobiła to dobrze , a ty nie możesz się przez tyle czasu nauczyć". - Zosi automatycznie zrobiło się przykro. A mi zrobiło się wstyd.
Wypowiadając to zdanie spowodowałam ,że moje starsze dziecko poczuło się gorsze i wykluczyłam je z cieszenia się faktem ,że jej siostrzyczka zdobyła nową umiejętność... :(
Jednak tamta sytuacja, choć dosyć przykra, nauczyła mnie unikać wypowiadania takich słów. Do którejkolwiek z moich córek. :)
2. Jestem konsekwentna wobec obu córek (na raz)...
Przykładowa sytuacja :
Starsze dziecko przydreptuje do kuchni i twierdzi, że jest głodne. Do obiadu została godzina więc podkarmienie jej czymkolwiek może skutkować tym ,że godzinę później będzie siedzieć i dłubać w talerzu widelcem. Cóż- nie pozostaje mi nic innego jak ją odprawić. Chwilę potem zjawia się młodsza. Swą pielgrzymkę do kuchni odbyła w takiej samej intencji, co jej starsza siostra. :) Ją również odprawiam.
Za niedługi czas pojawia się znowu starsza , licząc że coś jednak "ugra".- Nic z tego. Młodsze dziecko również postanawia sprawdzić czy się jej poszczęści.- Kategorycznie odmawiam.
Załóżmy, że sytuacja powtarza się kilka razy i jestem już zniecierpliwiona ich wycieczkami do kuchni, w końcu ulegam jednej z nich. Co wtedy się dzieje?
Po pierwsze - moje dzieci dostały by wtedy sygnał, że to co do nich mówię nijak się ma do tego co robię - a to już nie dobrze. Po drugie - dziecko któremu wcześniej nie uległam czuło by się pokrzywdzone.
No bo jak to? Siostra mogła zapchać się bananem przed obiadem ,a ona nie ? Widocznie mama jej nie kocha... Albo kocha ją mniej... To ona w takim razie nie lubi siostry...
3. Nie napuszczam moich dzieci na siebie...
To znaczy , że nie zachęcam ich do skarżenia na siebie . Nie prowokuje sytuacji , które mogą spowodować , że którejś z moich córek zacznie się wydawać , iż może zdobyć uznanie w moich oczach oczerniając siostrę.
Znam kilka osób które były wychowywane w ten sposób. Najczęściej były najmłodszymi członkami rodzin. Takie osoby obrzydzają dzieciństwo swojemu rodzeństwu nie tylko skarżąc , ale również wyolbrzymiając lub po prostu najbezczelniej kłamiąc na temat swych sióstr czy braci. Niestety ten brzydki zwyczaj często nie mija im gdy dorastają (choć znam wyjątek :) ). Taka osoba, do takich metod będzie się uciekać za każdym razem gdy poczuje się zagrożona lub gdy będzie sobie po prostu chciała poprawić humor...
I będzie się w ten sposób zachowywać nie tylko w stosunku do swego rodzeństwa.
Pod napuszczanie dzieci na siebie można "podpiąć" , również taką , wymyśloną przeze mnie sytuacje :
Gdzieś na świecie żyje sobie kobieta. Ma dwie dorosłe córki .Z obiema stara się utrzymywać kontakt. Pewnego dnia pojawia się u kobiety jedna z córek. Gawędzą sobie przy kawce. O różnych rzeczach. W którymś momencie matka wypala do córki :
"Wiesz, twoja siostra powiedziała ostatnio, że z ciebie dupa a nie kobieta . Ty w ogóle nie dbasz o dom".
Córka początkowo nie dowierza temu co właśnie słyszy, ale z drugiej strony to przecież nie pierwszy raz jej siostra gada na nią do matki. Wzbiera w niej gniew , a w gniewie :
"Ja przynajmniej odniosłam sukces w życiu , a nie siedzę ciągle z tyłkiem w chałupie, oglądając głupie seriale i udając, że coś w życiu robię."
Jak nie trudno się domyślić- Kochana mamusia zda relacje siostrze z dzisiejszej pogawędki. Potem się będzie dziwić ,że jej córki nie chcą razem spędzać czasu , że nigdy jej wspólnie nie odwiedzają...
Cóż... Uważam ,że jeśli komuś zależy by jego dzieci miały ze sobą dobry kontakt , to w takich sytuacjach powinien milczeć,a nie przekazywać dalej to co usłyszał. Wiadomo przecież ,że każdemu zdarzy się powiedzieć coś czego nie powinien na temat drugiej osoby. Po co zatem powtarzać to co się usłyszało skoro wiadomo ,że może to wyrządzić krzywdę. Sytuacja niby fikcyjna , ale to niestety nie znaczy,że takie nie występują.
Występują - i to dosyć powszechnie... :(
4. Staram się być sprawiedliwa.
Bycie sprawiedliwym nie jest prostą sprawą. Bo podobno sprawiedliwie nie znaczy po równo itd. Ja twierdząc, że staram się taka być , mam na myśli :
- Unikanie stosowania odpowiedzialności zbiorowej.
Wiem, że niektórzy rodzice karzą wszystkie swoje dzieci za przewinienie jednego. Myślę ,że stosują to "ku przestrodze". I pewnie nie dość , że nie spełnia to swojego zadania (bo przecież głupoty robi każde dziecko, ba- robią je nawet dorośli) to jeszcze powoduje niechęć rodzeństwa w stosunku do gagatka , który nabroił.
- Podkreślanie mocnych cech dzieci.
To bardzo ważne, tym bardziej kiedy człowiekowi mimo wszystko zdarza się (głośno) porównywać do siebie dzieci. Być może nie zrekompensuje to w całości krzywdy jaką zrobiliśmy dziecku tym porównywaniem , ale...Niech wie, że np. mimo braku umiejętności poprawnego ubierania butów ( :P ), pięknie rysuje , szybko biega , ładnie śpiewa lub recytuje. Myślę, że ważne jest też to, aby dzieciom o tych ich mocnych stronach mówić możliwie jak najczęściej. Wiadomo , że dzięki temu mały człowiek będzie miał wyższą samoocenę.
Wyższa samoocena = akceptacja samego siebie. Akceptacja samego siebie = kochanie samego siebie. Kochanie samego siebie = umiejętność kochania innych. Kochanie innych = Niezatruwanie im życia wytykaniem najmniejszych nawet błędów , celem przelania na nich frustracji wynikającej z samo niezadowolenia ... = Szczęśliwe życie w szczęśliwym otoczeniu ! :)
- Umożliwianie starszym dzieciom spędzania czasu na samodzielnej zabawie.
To niestety punkcik , który u nas najbardziej kuleje. Ale robię co mogę bo mam świadomość ,że nie ma nic bardziej wkurzającego starsze rodzeństwo , niż mały berbeć łażący krok w krok za swym starszym bratem lub siostrą.
Próbujesz się pobawić lalkami - brzdąc ci je wyrywa. Chcesz porysować - już masz "zagryzdaną" całą kartkę ,a świeżo utemperowane kredki obżarte. Chcesz pobawić się z koleżankami - co to za zabawa jak musisz mieć oko na tego małego człowieka ...
No ludzie - przecież ten mały brzdąc to Wasze dziecko , a nie dziecko Waszego dziecka... :) Nawet kogoś , kogo się bardzo lubi, można znienawidzić gdy musi się z nim spędzać za dużo czasu...
- Nie zmuszanie starszego rodzeństwa do każdorazowego ustępowania młodszemu .
Myślę ,że to idzie nam całkiem nie źle . Były nawet sytuacje kiedy moja starsza córka sama , dla świętego spokoju , chciała oddać zabawkę młodszej i musiałam jej wtedy przypominać, że lepiej by było gdyby jej nie oddawała. Nie twierdze, że nie ustępujemy jej nigdy - czasem naprawdę się nie da. :/ Zwykle jednak nie uginamy się pod wpływem szantażu emocjonalnego, jaki funduje nam najmłodszy członek rodziny. Nie chcemy jej po prostu uczyć ,że płaczem i tarzaniem się po podłodze może coś uzyskać...
Gdybyśmy częściej naciskali na starsze dziecko, by ustępowało to podejrzewam ,że zaczęła by się buntować i być może mścić. Wiecie- jakieś ukradkowe szczypanie i kuksańce, zabieranie zabawek gdy nikt nie patrzy. A to , po to by mieć złudzenie rekompensaty za wszystkie te momenty kiedy to ona czuła się mniej ważna bo musiała oddać zabawkę swojej nieznośnej siostrze. :(
To chyba była ostatnia rzecz , którą chciałam zamieścić na liście. Oczywiście istnieje ryzyko ,że potem przypomnę sobie coś jeszcze. Przewiduje, że będę sobie "pluć w brodę " bo znów nie rozplanowałam sobie wpisu .
Wychowując więcej niż jedno dziecko , musimy pamiętać , że gdyby nas- rodziców, kiedyś zabrakło to nasze potomstwo będzie dla siebie najbliższymi osobami pod względem pokrewieństwa. Myślę , że warto zadbać o to aby nie tylko pokrewieństwo je łączyło. Nie mam oczywiście stuprocentowej pewności czy moja lista stanowi klucz do sukcesu w tej dziedzinie - moje dzieci są przecież jeszcze małe. :) Minie kilka , a może nawet kilkanaście lat , nim dowiem się czy postępowałam słusznie. Na ten moment myślę jednak , że moja lista jest dobra. Byłoby mi też pewnie milo gdyby kiedyś okazało się ,że dzisiejszy wpis pomógł komuś w "pokierowaniu" relacjami między jego pociechami. Kto wie ...