Doorin Mymind
czwartek, 8 września 2016
PAMIĘTNIK KIM NI
Jestem Kimila Niktusiewicz. Tak właśnie Kimila, nie Kamila. Takie imię nadała mi matka zaraz po urodzeniu - była fanką Kim Basinger, której pełne imię to właśnie Kimila. Oprócz życia i imienia matka nie dała mi nic więcej. Miała siedemnaście lat gdy mnie urodziła i krótko po naszym wyjściu z oddziału położniczego, zostawiła mnie u babci. Uciekła i już nigdy więcej się nie pojawiła. Zostawiła tylko list, w którym pisze do babci, że skoro nie chciała dać na skrobankę to niech teraz sama się męczy. Mam dwadzieścia trzy lata i nigdy nie widziałam również mojego ojca. Nawet nie wiem kim jest bo matka nigdy z nikim nie podzieliła się tą informacją. Tak przynajmniej twierdziła babcia, jedyna bliska mi, spokrewniona osoba. Matka mojej matki otoczyła mnie opieką jaką nie potrafiłaby otoczyć mnie moja matka. Począwszy od wstawania w nocy gdy byłam jeszcze niemowlęciem a skończywszy na cierpliwym uczeniu mnie haftu i szydełkowania, gdy tylko skończyłam siedem lat. Gdy na podwórku kaleczyłam kolano i przychodziłam z płaczem, to nigdy nie słyszałam od niej, że mam przestać się mazać. Zawsze przemywała moje rany wodą utlenioną, naklejała plasterek, uśmiechała się i mówiła: " Do wesela się zagoi". Nigdy nie wiedzialam o co jej chodziło z tym weselem. Nigdy też o to nie spytalam, nie miałam czasu, musiałam wracać na podwórko. :) Gdy po nocnym koszmarze budziłam się z płaczem w nocy, babcia przychodziła i drapała mnie po plecach tak długo aż znów spokojnie usnęłam. Ta kobieta kochała kwiaty, często zachęcała mnie bym pomagała jej je podlewać i abym do nich mówiła. Uwielbiała również książki, tym uwielbieniem zaraziła mnie, nauczyłam się czytać w wieku pięciu lat. Robiłyśmy razem mnóstwo wspaniałych rzeczy. nikt nigdy potem nie wniósł do mojego życia tyle miłości i ciepła.
Dziś wiem, że babcia chciała w ten sposób odkupić swoje błędy wychowawcze popełnione na mojej mamie. Moja mama urodziła się gdy babcia skończyła czterdzieści lat. Dosyć późno jak na urodzenie pierwszego dziecka, ale do tamtej pory w życiu mojej babci istniała tylko praca, była wykładowcą na miejscowym uniwersytecie. Szczegółów nie znam. Wiem tylko, że spotykała się z jakimś wykładowcą, z politechniki, poznała go na jakiś urodzinach u znajomych. Spotykali się rok gdy okazało się , że w drodze jest moja mama. Dzień w którym babcia powiedziała mojemu dziadkowi o ciąży okazał się dniem kiedy to okazało się, że ów mężczyzna ma żonę i dzieci na utrzymaniu, na drugim końcu Polski. Matka mojej matki kazała wracać swemu pożal się Boże lubemu tam skąd przyjechał, kilka miesięcy później urodziła moją mamę i od tamtej pory jej życie było jedną wielką próbą pogodzenia macierzyństwa z pracą. Babcia na pomoc, przy opiece nad mamą mogła liczyć jedynie na sąsiadki, a że była jedynym żywicielem swojej dwuosobowej rodziny, to moja mama spędzała u nich większość dnia, a często i wieczora. Jeśli chodzi o kwestie materialną, mojej matce niczego nie brakowało, babcia oprócz wykładania zajmowała się również tłumaczeniem . Tłumaczyła z języka angielskiego na polski i odwrotnie. Czasy były wtedy takie, że jeśli ktoś umiał posługiwać się językiem obcym to był to rosyjski lub niemiecki, angielski był językiem którym się posługiwano o wiele rzadziej niż w obecnych czasach. Więc gdy jakiś człowiek miał styczność z tym językiem, a nie potrafił się nim posługiwać, to lądował u mojej babci, z dolarami w kieszeni, albo artykułami żywnościowymi pozawijanymi w gazetę i pochowanymi w połach kurtki. Dolary wydawała w peweexie, a żywnością dzieliła się z sąsiadkami. Jak wcześniej napisałam - moja matka miała zapewniony, ale brakowało jej matczynego ciepła. Słyszałam kiedyś historię , o tym jak to właśnie do jednej z sąsiadek zaczęła zwracać się "mamo". Babcie to zabolało, ale wiedziała że jest winna tej sytuacji Próbowała coś zmienić i przez jakiś czas spędzała więcej czasu ze swoją córką. Efekt tego działania był pozytywny, ale co z tego skoro babcia niedługo potem znów zatraciła się w pracy. Tymczasem moja mama zaczęła dorastać, wpadła w złe towarzystwo, czasem kogoś pobiła, czasem coś ukradła, najczęściej jednak wracała do domu pod wpływem alkoholu. Aż w końcu, któregoś razu przyszła i oznajmiła : " Jestem w ciąży, załatw mi skrobankę bo ja bachora rodzić nie zamierzam". Moja babcia nie chciała jednak pozwolić na usunięcie tej ciąży, do tej pory nie miała czasu zajmować się swoją córką, ale świadoma tego, że sama jest przyczyną kłopotów swojego dziecka, zrezygnowała z części obowiązków by czuwać nad życiem nienarodzonej wnuczki.W pewnym momencie obie kobiety zaczęły się całkiem nieźle dogadywać, moja matka przestała trajkotać o aborcji, z czułością głaskała brzuch, przestała zadawać się ze swoimi dawnymi znajomymi. Obie z babcią w końcu zdawały się być szczęśliwe.
Przyszedł czas porodu. Podobno był to bardzo długi i męczący poród, ale mimo wszystko mojej mamie udało się mnie urodzić bez żadnej interwencji. Jednak po całym tym zdarzeniu zamknęła się w sobie, nie chciała z nikim rozmawiać, mną zajmowała się tylko wtedy kiedy musiała. Babcia wierzyła, że wszystko wróci do normy gdy zabierze nas do domu. Niestety, mijały tygodnie a nic się nie zmieniało.
niedziela, 4 września 2016
POŻEGNANIE WAKACJI ...
Gdybym robiła ten wpis w Piątek, tak jak początkowo miałam w planach, to pewnie napisałabym, że wcale mi nie jest smutno w związku z tym, że skończyły się wakacje. Łatwo mi tamtego dnia przyszło radowanie się początkiem roku szkolnego. Pogoda była piękna, a zaprowadzenie starszej córki do zerówki nie było obowiązkiem... Było przyjemnością. Myślałam sobie: " Dobrze by było gdyby taka pogoda utrzymała się przez większość września, jakoś tak mi lżej będzie wdrażać się znów w całe to zaprowadzanie, gdy warunki pogodowe będą sprzyjać". Jednak los spłatał mi psikusa i pogoda popsuła się w weekend. W Sobotę było nawet całkiem nieźle, ale już Niedziela była paskudna. Cały dzień padało, tak jakby Niedzieli było smutno, że już koniec wakacji. Choć smutno to trochę mało powiedziane. Niedziela była w czarnej rozpaczy. Cały dzień płakała ogromnymi łzami jakby się jej świat zawalił...
Dziś mamy Poniedziałek. Od samego rana szaro, buro i ponuro. Wygląda trochę tak, jakby mu się udzielił humor jego przyjaciółki. Cóż począć... W końcu są ze sobą tak blisko...
A ja ? Ja jakoś się trzymam.... Nawet usiadłam z samego rańca do pisania. Mam do wrzucenia kilka ujęć z minionych dwóch miesięcy. Między zdjęcia wplotę kilka słów... Jakoś to będzie... :)
Fotografia ta kojarzy mi się właśnie z odchodzącymi wakacjami. Co prawda, gdy robiłam to zdjęcie, to do końca wakacji były jeszcze ponad dwa tygodnie... Ale co to są te dwa tygodnie, czas przecież ucieka szybko. Nigdy nie czeka na to, aż zaczniesz żyć, zamiast biernie siedzieć. Czas ciągle się śpieszy, tak jak te dzieci na zdjęciu... Wiecznie musi być w innym położeniu niż jest teraz...
(Zdjęcie dosyć solidnie okrojone, gdyż w kadr wlazły mi aż trzy kosze na śmieci. Co ciekawe, ogromna ilość koszy na tym boisku, okazuje się niewystarczająca. Znajdzie się bowiem zawsze ktoś, komu do kosza będzie za daleko. I tak, kilka dni po wizycie w tym miejscu, wybrałam się tam z dziećmi ponownie, a tam mnóstwo rozbitego szkła tuż przy dziecięcej zjeżdżalni... Brak mi słów na brak wyobraźni u niektórych osobników gatunku ludzkiego !!! ).
Gdy patrzę teraz na te zdjęcia, które przygotowałam do wpisu, to trochę żałuję, że je "pozakłamywałam". Dni, kiedy można się było cieszyć pogodą było tak niewiele, że grzechem jest odbieranie im ich prawdziwych barw... Na szczęście nie są to jedyne zdjęcia, które posiadam z tych nielicznych, słonecznych dni. Mogę zatem odpuścić sobie winy. Sama. :)
Ujęcie z Zoo? Skądże znowu. Jedna z osób mieszkających w miejscowości, w której i mi przyszło mieszkać, miała kaprys by mieć stadko danieli na własność. Powinnam napisać, że jest mi żal tych zwierząt bo żyją w ogrodzeniu itd. I rzeczywiście jest mi ich żal. Pocieszam się jedynie myślą, że te zwierzęta prawdopodobnie nie wiedzą co to wolność i wypuszczone mogły by sobie nie poradzić. Marna to jednak pociecha gdy nie wie się ile te zwierzęta żyją już za tym ogrodzeniem. Może najstarsze osobniki, pamiętają jeszcze czasy biegania po bezkresnej przestrzeni... A może nie... Jest jednak grupa ludzi, którzy cieszą się z tej zwierzęcej niewoli pewnie bardziej niż sam właściciel. Są to dzieci. Dzieci zawsze chcą je karmić, licząc oczywiście, że uda im się pogłaskać któregoś zwierzaka...
Miesiące wiosenne i letnie to czas, kiedy nasza przestrzeń nie jest ograniczana ścianami, przestrzeń do tworzenia rysunków również nie ogranicza się tylko do kartki. Można zabrać na podwórko kredę i ozdobić nią każdy wolny skrawek betonu, desek czy innych miejsc. Kwiatki, które na kartce miałyby na przykład tylko pięć centymetrów, rysowane na chodniku mogą mieć ich nawet pięćdziesiąt! :) Nawet księżniczki narysowane kredą, mogą zdać się realniejsze przez to, że rozmiarem mogą przypominać prawdziwego człowieka. :)
Gdy jednak pogoda nie dopisuje, a rysowanie po kartkach już lekko dzieciątkom obrzydło można znaleźć jakąś inną powierzchnie, na której dzieci będą mogły rysować. Pewnie gdybym spytała moich córek na czym najbardziej miały by ochotę porysować, usłyszałabym, że po ścianach. Szczególnie ta młodsza uwielbia "zdobić" kuchenną ścianę tym co akurat ma na ręku lub pod ręką... Trochę szkoda mi już tych ścian, niewykluczone że gdyby mogły mówić , to przy każdym wejściu do kuchni słyszałabym: " Błaaaaagamy! pomaluj nas na jednolity kolor! Chcemy być czyste! ". Na szczęście ściany nie mówią, w związku z tym moje sumienie raczej na spokojnie podchodzi do ich stanu upaćkania. :) Jednak doskonale rozumiem, to że dzieci potrzebują czasem porysować na czym innym niż kartka. Nawet gdy za oknem pada. W związku z tym pojawiły ostatnio u nas kredki do rysowania po tkaninach. No i sobie rysują te moje pociechy...
Wakacje to też czas kiedy można posłać dzieci gdzieś... Na przykład do rodziny. I w tym czasie pozmieniać trochę w ich pokoju. Na przykład odświeżyć porysowane przez nie ściany... :) Bardzo satysfakcjonujące to zajęcie. :) Szczególnie gdy człowiek wpada na pomysły, by prócz pomalowania ścian może pacnąć tam jeszcze kilka serduszek, które tak samo mocno będą cieszyć i dziecko i autora. :) Minęły dwa miesiące odkąd odświeżyliśmy dzieciom pokój, a ja cały czas gdy do niego wchodzę, myślę sobie : "To ja go pomalowałam, prawie sama, tymi rękami... " :)
Życzę nam aby czas do następnego lata mijał szybko... I oby pogoda pozwoliła nam cieszyć resztką tegorocznego lata (wszak ono jeszcze trwa). Z resztą... Niech słońce zdominuje wszystkie pory roku. Nawet jeśli nie będzie go na niebie, to niech każdy poczuje siłę by samemu sobie być słońcem. :)
Doorin Mymind
piątek, 5 sierpnia 2016
CZY PUBLICZNE KARMIENIE PIERSIĄ POWINNO KOGOŚ GORSZYĆ?
Dzisiejszy post piszę w reakcji na wypowiedź Pana Marka Migalskiego, dotyczącą karmienia piersią w miejscach publicznych. Jeśli ktoś nie wie, kim jest wspomniany wyżej jegomość, to odsyłam tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Marek_Migalski . A tych, którzy jeszcze nie wiedzą, co takiego powiedział, zachęcam do zajrzenia np. tu : http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/303340-zenujace-uwagi-migalskiego-o-publicznym-karmieniu-piersia-nie-zycze-sobie-by-kobiety-wyciagaly-nad-moim-talerzem-cycek.
Mam dwie córki, obie karmiłam piersią. Robiłam to dla ich zdrowia, dla swojej wygody i (nie oszukujmy się) ze względów ekonomicznych. Z pierwszą córką podróżowałam już od pierwszych tygodni życia, niejednokrotnie byłam zmuszona nakarmić ją np. w autobusie. Starałam się to robić dyskretnie i nikogo tym nie gorszyć. Nikt mi nigdy nie zwrócił uwagi więc chyba się udawało lub po prostu miałam szczęście. Z druga córką, w tych pierwszych miesiącach życia kiedy to, dziecko najbardziej potrzebuje maminej piersi, nie miałam potrzeby oddalania się od domu, na odległość uniemożliwiającą szybki powrót. Publiczne karmienie piersią, miało więc miejsce o wiele rzadziej niż w przypadku pierwszego dziecka, ale również nie spotkałam się nigdy z żadną nie miłą uwagą.
Wiem, że inne kobiety takiego szczęścia nie mają i padają ofiarą krzywych spojrzeń, przykrych tekstów, a podobno nawet wyproszeń z restauracji itp.:( Pan Migalski nie jest jedynie niechlubnym wyjątkiem pozwalającym sobie na takie słowa, a niestety jedną z wielu takich osób. Próbowałam zrozumieć punkt widzenia takich ludzi - niestety nie potrafię. Nie potrafię zrozumieć, co złego jest w publicznym karmieniu dzieci? Jak można twierdzić, że to jest równie obrzydliwe jak puszczanie bąków czy publiczne sikanie? Z tego co mi wiadomo - mocz i bąki śmierdzą - mleko z piersi pachnie... Porównanie to jest więc baaaaaaaaaardzo nie na miejscu.
Przecież kobiety, które decydują się na karmienie piersią w miejscu publicznym, zwykle nie wywalają cycka, tak po prostu na wierzch (a już na pewno nie pchają się z nim do czyjegoś talerza), tylko starają się go zakryć pieluchą. Owszem, można się dalej upierać i twierdzić, że taka kobieta powinna udać się z maleństwem w jakieś ustronne miejsce, tylko ja się pytam: Co to ma być za ustronne miejsce? Śmierdzący kibel? No bo nie oszukujmy się - pokoi dla matek z dzieckiem nie ma jeszcze wcale aż tak dużo... Poza tym nie po to człowiek (tak, kobieta też człowiek) wychodzi z domu, żeby finalnie spędzić czas w odosobnieniu. Tym bardziej, że niektóre niemowlęta lubią sobie pojeść i potrafią przy piersi spędzić godzinę (!)
Ktoś mógłby powiedzieć : "No to niech te matki odciągają pokarm przed wyjściem i karmią z butelki." - Pewnie byłoby to jakieś wyjście gdyby każda matka posiadała elektryczny laktator, obawiam się jednak, że wiele kobiet posiada jedynie te wymagające siły ludzkich dłoni. A odciąganie mleka ręcznym laktatorem potrafi być żmudne, męczące i czasochłonne (odciągasz, odciągasz i odechciewa Ci się ruszać z domu).
Zastanawiam się również, czy te całe porównania karmienia piersią do procesów związanych z wydalaniem, nie są jedynie przykrywką, dla prawdziwych problemów nękających takich ludzi? Może część społeczeństwa nie chce się godzić na takie sytuacje, nie dlatego że faktycznie uważa je za obrzydliwe, a dlatego, że nie jest w stanie przejść do porządku dziennego nad tym, iż kobiecy biust ma inną funkcje, niż tylko tą kojarzoną z seksem?
Jeśli tak jest, to ja bardzo współczuję takim ludziom. Świadczy to o spaczeniu takich osób, a w najlepszym razie, o ich ograniczeniu. Z tego co wiem, wszystkie ssaki karmią potomstwo w ten sposób, co świadczy o tym, że przede wszystkim do tego celu zostały stworzone piersi. A obopólna przyjemność ludzi związana z posiadaniem tych narządów, to chyba po prostu (miły) efekt uboczny. :)
Kończąc moje wypociny, chciałabym życzyć Wam, by nikt nie warzył się wyciągać cycków nad Waszymi talerzami. :D A tak serio, to : Miłego wieczoru, udanego weekendu i aby "Ciemnogród' opuścił Wasze umysły (lub nigdy nie próbował w nich gościć)... :)
środa, 3 sierpnia 2016
BARDZO TRUDNY TEMAT...
Od kilku lat obserwuję, jak osoby, które swego czasu były (i nadal są) dla mnie bardzo ważne, powoli odsuwają się ode mnie, by wreszcie urwać kontakt całkowicie. Nie jestem w stanie podliczyć godzin, które spędziłam nad zastanawianiem się, co było tego przyczyną.W przeszłości zrobiłam wiele głupot i te osoby stały za mną murem, wspierały, pocieszały... Gdzie są teraz kiedy moje życie od kilku lat jest "normalne"?
Gdy szukałam u nich odpowiedzi to zwykle słyszałam, że wszystko jest w porządku między nami i że po prostu brak im czasu i bla, bla, bla ... Nawet mnie takie gadanie przez jakiś czas satysfakcjonowało i myślałam sobie: " Dobra Dorota, weź wyluzuj, przecież świat nie kręci się wokół Ciebie". Z czasem jednak pojawiały się wątpliwości. Szczególnie gdy okazywało się, że ci niegdysiejsi przyjaciele są w stanie wygospodarować całkiem sporo czasu dla każdej innej osoby, tylko nie dla mnie.
Nad zaistniałym stanem rzeczy byłoby mi przejść łatwiej do porządku dziennego, gdyby nie brak szczerości ze strony tych osób. Brak szczerości zarzucam im dlatego, ponieważ na ponawiane z mojej strony pytanie, o przyczynę braku kontaktu, zawsze słyszałam tą samą odpowiedź : Brak czasu.
Co gorsza za tą odpowiedzią, zawsze szły obietnice rychłego kontaktu lub spotkania. Obietnice bez pokrycia. Puste słowa rzucone na odczepnego. Puste słowa, które mimo wszystko dawały nadzieję, na możliwość przebywania z kimś, z kim kiedyś bardzo lubiło się przebywać... Nawet gdy mój rozsądek krzyczał: "Przestań się głupia ekscytować, przecież i tak się nie spotkacie". To moje serce i tak snuło wizje spędzonych wspólnie chwil, przegadanych godzin, wypełnionych śmiechem a czasem łzami...
Przyszły jednak dni, kiedy przestałam się łudzić, że przyjdzie mi spędzać czas z tymi osobami. Jedyne co mi pozostało to, to zastanawianie się nad przyczyną ich nieobecności w moim życiu. Rozmyślania pełne wyrzutów sumienia (bo może za późno "znormalniałam"). Rozmyślania pełne poczucia niższości (bo niewykształcona, bo może za biedna). Nie ukrywam, że przeszło mi nieraz przez myśl, że te osoby odsunęły się ode mnie, z racji tego, że jestem matką. Przecież to żadna przyjemność rozmawiać z kimś pośród hałasu generowanego przez dzieci.
Często zastanawiam się, czy to nie zazdrość przyczyniła się do zerwania kontaktu. Wszak nie narobiłam się w życiu za dużo, a mieszkam w domu, który według niektórych, jest mój. Fakt, że coś tak dużego przyszło mi bez żadnego wysiłku może boleć, prawda? I to nic, że pod względem prawnym ten dom wcale nie należy ani nigdy nie będzie należał do mnie. Kogo to obchodzi... :)
Dziś już nie zastanawiam się nad tym, czemu tych osób nie ma. Nadal za nimi tęsknię, ale mam w sobie tyle siły by pogodzić się z ich nieobecnością i nie zadręczać się pytaniami o nieobecność.Szkoda mi energii na tego rodzaju smutek, wszak mogą mnie przez to ominąć inne niesamowite chwile, przeżyte z innymi, doceniającymi mnie ludźmi.
Życzę im wszystkiego najlepszego, trzymam kciuki za ich życia i kibicuje im mniej lub bardziej skrycie. :)
A Wam życzę szczerości ze strony Waszych przyjaciół i tego byście Wy mieli siłę być szczerzy wobec swoich bliskich...
wtorek, 28 czerwca 2016
O TONIĘCIU I PŁONIĘCIU...
Leży kobieta i płacze...
Płacze i liczy na to, że utonie w morzu łez.
Tak naprawdę kobieta wcale nie chce tonąć.
Ona chce raz na zawsze utopić pamięć o nie wykorzystanych szansach.
O zmarnowanych:
Czasie i potencjale,
O nierozwijanych:
Umiejętnościach i talentach...
Słomiany zapał też chętnie utopi.
Na co jej on?
On płonie tak szybko,że i tak nigdy nie zdąża się przy nim ogrzać.
W dodatku nigdy nie płonie na tyle skutecznie by już się nigdy nie pojawić.
Pora zatem utopić go i zaopatrzyć się w nowy!
Taki, który długo się będzie tlił i żarzył
Taki, którego długotrwałe ciepło będzie zagrzewało ją do działania...
poniedziałek, 6 czerwca 2016
#nicodkrywczego2
Zdanie - klucz, namazane w tym tygodniu na drzwiach mej szopy to hasełko, które rzuciło mi się w oczy , przy okazji przeglądania pewnej książki motywacyjnej pt. " Psychologia zmiany", Marka Skały. Tak naprawdę to nie wiem kim jest autor książki (jeszcze). Nie przeczytałam tej książki - wzięłam ją do ręki ze względu na ilustracje, stworzone przez pana Andrzeja Mleczke (ciekawe czy dobrze odmieniłam nazwisko?).
"Rób najpierw to, co najważniejsze" jest w tym poradniku tytułem pewnego podrozdziału, a raczej punktu listy dobrych nawyków. Bez względu na to, co tam w tym punkcie napisał autor ja postanowiłam napisać jakie przesłanie według mnie skryte jest w tym zdaniu.
Zdanie samo w sobie nie jest odkrywcze, ale skłoniło mnie do refleksji nad tym co tak na prawdę jest najważniejsze. Oczywiście nie pierwszy raz się nad tym zastanawiam. Myślę jednak, że to "najważniejsze" to dla każdego coś innego i że to "najważnejsze" to nie jest coś niezmiennego.
Każdy ma swoją indywidualną hierarchię wartości, kształtowaną przez lata. Nie zamierzam tu nikomu pisać, co dla kogo powinno być najistotniejsze bo zwyczajnie nie mam do tego prawa. Jednak uważam, że każdy powinien się w którymś momencie swego życia zastanowić na czym tak naprawdę musi się w swoim życiu skupić.
Wydaje mi się, że bardzo istotne jest to aby każdy z nas zadał sobie pytanie:
"Czy moje priorytety to rzeczywiście moje priorytety? A może zostały mi narzucone?"
Uważam, że odpowiedzenie sobie na to pytanie jest bardzo istotne bo odpowiedź pokazuje nam czy żyjemy w zgodzie z własnym sumieniem, czy może tylko spełniamy oczekiwania innych...
Piszę, to wszystko dlatego bo i ja jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że moje życie zdominowały wartości , których ja sama jako priorytetowe nigdy w życiu bym nie "ustawiła" . A jednak. Komuś udało się przeprać mi mózg na tyle by w pewnym momencie nieistotne rzeczy stały się najistotniejsze a te najistotniejsze stały się prawie nie ważne !!!
Kończąc dzisiejszy wpis, życzę Wam aby żadna presja społeczeństwa nie odciągała Was od rozwijania się w taką stronę w jaką chcecie się rozwijać. Ani dziś, ani jutro, ani w dalekiej przyszłości...
No i oczywiście życzę owocnego wsłuchiwania się w siebie. :)
Doorin Mymind
wtorek, 31 maja 2016
JEDYNĄ WRODZONĄ WADĄ DZIECI JEST TO, ŻE DORASTAJĄ...
Jutro Dzień Dziecka, a ja stoję przy oknie w mojej sypialni i obserwuję dzieci jeżdżące na rowerach. Sporo ich. Część z nich pewnie niewiele starsza od mojej starszej córki. A i rówieśnik jakiś by się znalazł.
Nagle nachodzi mnie myśl:
" Przecież Zosia też niedługo będzie chciała wyjść na zewnątrz, poza podwórko. I co wtedy?"
Przecież tam, za ogrodzeniem, czyha na nią mnóstwo niebezpieczeństw...
Nie mówię tu o otarciach, siniakach, guzach...
Ja boję się, że ona wpadnie pod samochód,
Boję się ,że się zgubi,
że ktoś ją porwie dla organów... - Też się boje.
Jednak wiem, że już niebawem przyjdzie ten dzień, kiedy moja starsza córka przyjdzie i spyta:
"Mamo, mogę wyjść z podwórka, do dzieci, bawić się z nimi (jak każde normalne dziecko ;))? "
I szczerze mówiąc... Nie mam w obecnej chwili pojęcia co ja tej mojej pierworodnej wtedy mam powiedzieć... Nie wiem jaki kompromis ewentualnie zaproponować. Nic nie wiem...Normalnie nic.
A chwile potem zdaje sobie również sprawę ,że gdy ta starsza zacznie bawić się poza podwórkiem, to ta młodsza szybko będzie chciała pójść w jej ślady...
I teraz to już naprawdę nic nie wiem...
Serio - Zbaraniałam (nie obrażając baranów oczywiście :) ).
Abyście nie zbaranieli... I abyście nie zabili swojego wewnętrznego dziecka - ciężko się je wskrzesza.
Doorin Mymind
Subskrybuj:
Posty (Atom)