czwartek, 8 września 2016
PAMIĘTNIK KIM NI
Jestem Kimila Niktusiewicz. Tak właśnie Kimila, nie Kamila. Takie imię nadała mi matka zaraz po urodzeniu - była fanką Kim Basinger, której pełne imię to właśnie Kimila. Oprócz życia i imienia matka nie dała mi nic więcej. Miała siedemnaście lat gdy mnie urodziła i krótko po naszym wyjściu z oddziału położniczego, zostawiła mnie u babci. Uciekła i już nigdy więcej się nie pojawiła. Zostawiła tylko list, w którym pisze do babci, że skoro nie chciała dać na skrobankę to niech teraz sama się męczy. Mam dwadzieścia trzy lata i nigdy nie widziałam również mojego ojca. Nawet nie wiem kim jest bo matka nigdy z nikim nie podzieliła się tą informacją. Tak przynajmniej twierdziła babcia, jedyna bliska mi, spokrewniona osoba. Matka mojej matki otoczyła mnie opieką jaką nie potrafiłaby otoczyć mnie moja matka. Począwszy od wstawania w nocy gdy byłam jeszcze niemowlęciem a skończywszy na cierpliwym uczeniu mnie haftu i szydełkowania, gdy tylko skończyłam siedem lat. Gdy na podwórku kaleczyłam kolano i przychodziłam z płaczem, to nigdy nie słyszałam od niej, że mam przestać się mazać. Zawsze przemywała moje rany wodą utlenioną, naklejała plasterek, uśmiechała się i mówiła: " Do wesela się zagoi". Nigdy nie wiedzialam o co jej chodziło z tym weselem. Nigdy też o to nie spytalam, nie miałam czasu, musiałam wracać na podwórko. :) Gdy po nocnym koszmarze budziłam się z płaczem w nocy, babcia przychodziła i drapała mnie po plecach tak długo aż znów spokojnie usnęłam. Ta kobieta kochała kwiaty, często zachęcała mnie bym pomagała jej je podlewać i abym do nich mówiła. Uwielbiała również książki, tym uwielbieniem zaraziła mnie, nauczyłam się czytać w wieku pięciu lat. Robiłyśmy razem mnóstwo wspaniałych rzeczy. nikt nigdy potem nie wniósł do mojego życia tyle miłości i ciepła.
Dziś wiem, że babcia chciała w ten sposób odkupić swoje błędy wychowawcze popełnione na mojej mamie. Moja mama urodziła się gdy babcia skończyła czterdzieści lat. Dosyć późno jak na urodzenie pierwszego dziecka, ale do tamtej pory w życiu mojej babci istniała tylko praca, była wykładowcą na miejscowym uniwersytecie. Szczegółów nie znam. Wiem tylko, że spotykała się z jakimś wykładowcą, z politechniki, poznała go na jakiś urodzinach u znajomych. Spotykali się rok gdy okazało się , że w drodze jest moja mama. Dzień w którym babcia powiedziała mojemu dziadkowi o ciąży okazał się dniem kiedy to okazało się, że ów mężczyzna ma żonę i dzieci na utrzymaniu, na drugim końcu Polski. Matka mojej matki kazała wracać swemu pożal się Boże lubemu tam skąd przyjechał, kilka miesięcy później urodziła moją mamę i od tamtej pory jej życie było jedną wielką próbą pogodzenia macierzyństwa z pracą. Babcia na pomoc, przy opiece nad mamą mogła liczyć jedynie na sąsiadki, a że była jedynym żywicielem swojej dwuosobowej rodziny, to moja mama spędzała u nich większość dnia, a często i wieczora. Jeśli chodzi o kwestie materialną, mojej matce niczego nie brakowało, babcia oprócz wykładania zajmowała się również tłumaczeniem . Tłumaczyła z języka angielskiego na polski i odwrotnie. Czasy były wtedy takie, że jeśli ktoś umiał posługiwać się językiem obcym to był to rosyjski lub niemiecki, angielski był językiem którym się posługiwano o wiele rzadziej niż w obecnych czasach. Więc gdy jakiś człowiek miał styczność z tym językiem, a nie potrafił się nim posługiwać, to lądował u mojej babci, z dolarami w kieszeni, albo artykułami żywnościowymi pozawijanymi w gazetę i pochowanymi w połach kurtki. Dolary wydawała w peweexie, a żywnością dzieliła się z sąsiadkami. Jak wcześniej napisałam - moja matka miała zapewniony, ale brakowało jej matczynego ciepła. Słyszałam kiedyś historię , o tym jak to właśnie do jednej z sąsiadek zaczęła zwracać się "mamo". Babcie to zabolało, ale wiedziała że jest winna tej sytuacji Próbowała coś zmienić i przez jakiś czas spędzała więcej czasu ze swoją córką. Efekt tego działania był pozytywny, ale co z tego skoro babcia niedługo potem znów zatraciła się w pracy. Tymczasem moja mama zaczęła dorastać, wpadła w złe towarzystwo, czasem kogoś pobiła, czasem coś ukradła, najczęściej jednak wracała do domu pod wpływem alkoholu. Aż w końcu, któregoś razu przyszła i oznajmiła : " Jestem w ciąży, załatw mi skrobankę bo ja bachora rodzić nie zamierzam". Moja babcia nie chciała jednak pozwolić na usunięcie tej ciąży, do tej pory nie miała czasu zajmować się swoją córką, ale świadoma tego, że sama jest przyczyną kłopotów swojego dziecka, zrezygnowała z części obowiązków by czuwać nad życiem nienarodzonej wnuczki.W pewnym momencie obie kobiety zaczęły się całkiem nieźle dogadywać, moja matka przestała trajkotać o aborcji, z czułością głaskała brzuch, przestała zadawać się ze swoimi dawnymi znajomymi. Obie z babcią w końcu zdawały się być szczęśliwe.
Przyszedł czas porodu. Podobno był to bardzo długi i męczący poród, ale mimo wszystko mojej mamie udało się mnie urodzić bez żadnej interwencji. Jednak po całym tym zdarzeniu zamknęła się w sobie, nie chciała z nikim rozmawiać, mną zajmowała się tylko wtedy kiedy musiała. Babcia wierzyła, że wszystko wróci do normy gdy zabierze nas do domu. Niestety, mijały tygodnie a nic się nie zmieniało.
niedziela, 4 września 2016
POŻEGNANIE WAKACJI ...
Gdybym robiła ten wpis w Piątek, tak jak początkowo miałam w planach, to pewnie napisałabym, że wcale mi nie jest smutno w związku z tym, że skończyły się wakacje. Łatwo mi tamtego dnia przyszło radowanie się początkiem roku szkolnego. Pogoda była piękna, a zaprowadzenie starszej córki do zerówki nie było obowiązkiem... Było przyjemnością. Myślałam sobie: " Dobrze by było gdyby taka pogoda utrzymała się przez większość września, jakoś tak mi lżej będzie wdrażać się znów w całe to zaprowadzanie, gdy warunki pogodowe będą sprzyjać". Jednak los spłatał mi psikusa i pogoda popsuła się w weekend. W Sobotę było nawet całkiem nieźle, ale już Niedziela była paskudna. Cały dzień padało, tak jakby Niedzieli było smutno, że już koniec wakacji. Choć smutno to trochę mało powiedziane. Niedziela była w czarnej rozpaczy. Cały dzień płakała ogromnymi łzami jakby się jej świat zawalił...
Dziś mamy Poniedziałek. Od samego rana szaro, buro i ponuro. Wygląda trochę tak, jakby mu się udzielił humor jego przyjaciółki. Cóż począć... W końcu są ze sobą tak blisko...
A ja ? Ja jakoś się trzymam.... Nawet usiadłam z samego rańca do pisania. Mam do wrzucenia kilka ujęć z minionych dwóch miesięcy. Między zdjęcia wplotę kilka słów... Jakoś to będzie... :)
Fotografia ta kojarzy mi się właśnie z odchodzącymi wakacjami. Co prawda, gdy robiłam to zdjęcie, to do końca wakacji były jeszcze ponad dwa tygodnie... Ale co to są te dwa tygodnie, czas przecież ucieka szybko. Nigdy nie czeka na to, aż zaczniesz żyć, zamiast biernie siedzieć. Czas ciągle się śpieszy, tak jak te dzieci na zdjęciu... Wiecznie musi być w innym położeniu niż jest teraz...
(Zdjęcie dosyć solidnie okrojone, gdyż w kadr wlazły mi aż trzy kosze na śmieci. Co ciekawe, ogromna ilość koszy na tym boisku, okazuje się niewystarczająca. Znajdzie się bowiem zawsze ktoś, komu do kosza będzie za daleko. I tak, kilka dni po wizycie w tym miejscu, wybrałam się tam z dziećmi ponownie, a tam mnóstwo rozbitego szkła tuż przy dziecięcej zjeżdżalni... Brak mi słów na brak wyobraźni u niektórych osobników gatunku ludzkiego !!! ).
Gdy patrzę teraz na te zdjęcia, które przygotowałam do wpisu, to trochę żałuję, że je "pozakłamywałam". Dni, kiedy można się było cieszyć pogodą było tak niewiele, że grzechem jest odbieranie im ich prawdziwych barw... Na szczęście nie są to jedyne zdjęcia, które posiadam z tych nielicznych, słonecznych dni. Mogę zatem odpuścić sobie winy. Sama. :)
Ujęcie z Zoo? Skądże znowu. Jedna z osób mieszkających w miejscowości, w której i mi przyszło mieszkać, miała kaprys by mieć stadko danieli na własność. Powinnam napisać, że jest mi żal tych zwierząt bo żyją w ogrodzeniu itd. I rzeczywiście jest mi ich żal. Pocieszam się jedynie myślą, że te zwierzęta prawdopodobnie nie wiedzą co to wolność i wypuszczone mogły by sobie nie poradzić. Marna to jednak pociecha gdy nie wie się ile te zwierzęta żyją już za tym ogrodzeniem. Może najstarsze osobniki, pamiętają jeszcze czasy biegania po bezkresnej przestrzeni... A może nie... Jest jednak grupa ludzi, którzy cieszą się z tej zwierzęcej niewoli pewnie bardziej niż sam właściciel. Są to dzieci. Dzieci zawsze chcą je karmić, licząc oczywiście, że uda im się pogłaskać któregoś zwierzaka...
Miesiące wiosenne i letnie to czas, kiedy nasza przestrzeń nie jest ograniczana ścianami, przestrzeń do tworzenia rysunków również nie ogranicza się tylko do kartki. Można zabrać na podwórko kredę i ozdobić nią każdy wolny skrawek betonu, desek czy innych miejsc. Kwiatki, które na kartce miałyby na przykład tylko pięć centymetrów, rysowane na chodniku mogą mieć ich nawet pięćdziesiąt! :) Nawet księżniczki narysowane kredą, mogą zdać się realniejsze przez to, że rozmiarem mogą przypominać prawdziwego człowieka. :)
Gdy jednak pogoda nie dopisuje, a rysowanie po kartkach już lekko dzieciątkom obrzydło można znaleźć jakąś inną powierzchnie, na której dzieci będą mogły rysować. Pewnie gdybym spytała moich córek na czym najbardziej miały by ochotę porysować, usłyszałabym, że po ścianach. Szczególnie ta młodsza uwielbia "zdobić" kuchenną ścianę tym co akurat ma na ręku lub pod ręką... Trochę szkoda mi już tych ścian, niewykluczone że gdyby mogły mówić , to przy każdym wejściu do kuchni słyszałabym: " Błaaaaagamy! pomaluj nas na jednolity kolor! Chcemy być czyste! ". Na szczęście ściany nie mówią, w związku z tym moje sumienie raczej na spokojnie podchodzi do ich stanu upaćkania. :) Jednak doskonale rozumiem, to że dzieci potrzebują czasem porysować na czym innym niż kartka. Nawet gdy za oknem pada. W związku z tym pojawiły ostatnio u nas kredki do rysowania po tkaninach. No i sobie rysują te moje pociechy...
Wakacje to też czas kiedy można posłać dzieci gdzieś... Na przykład do rodziny. I w tym czasie pozmieniać trochę w ich pokoju. Na przykład odświeżyć porysowane przez nie ściany... :) Bardzo satysfakcjonujące to zajęcie. :) Szczególnie gdy człowiek wpada na pomysły, by prócz pomalowania ścian może pacnąć tam jeszcze kilka serduszek, które tak samo mocno będą cieszyć i dziecko i autora. :) Minęły dwa miesiące odkąd odświeżyliśmy dzieciom pokój, a ja cały czas gdy do niego wchodzę, myślę sobie : "To ja go pomalowałam, prawie sama, tymi rękami... " :)
Życzę nam aby czas do następnego lata mijał szybko... I oby pogoda pozwoliła nam cieszyć resztką tegorocznego lata (wszak ono jeszcze trwa). Z resztą... Niech słońce zdominuje wszystkie pory roku. Nawet jeśli nie będzie go na niebie, to niech każdy poczuje siłę by samemu sobie być słońcem. :)
Doorin Mymind
Subskrybuj:
Posty (Atom)