czwartek, 8 września 2016
PAMIĘTNIK KIM NI
Jestem Kimila Niktusiewicz. Tak właśnie Kimila, nie Kamila. Takie imię nadała mi matka zaraz po urodzeniu - była fanką Kim Basinger, której pełne imię to właśnie Kimila. Oprócz życia i imienia matka nie dała mi nic więcej. Miała siedemnaście lat gdy mnie urodziła i krótko po naszym wyjściu z oddziału położniczego, zostawiła mnie u babci. Uciekła i już nigdy więcej się nie pojawiła. Zostawiła tylko list, w którym pisze do babci, że skoro nie chciała dać na skrobankę to niech teraz sama się męczy. Mam dwadzieścia trzy lata i nigdy nie widziałam również mojego ojca. Nawet nie wiem kim jest bo matka nigdy z nikim nie podzieliła się tą informacją. Tak przynajmniej twierdziła babcia, jedyna bliska mi, spokrewniona osoba. Matka mojej matki otoczyła mnie opieką jaką nie potrafiłaby otoczyć mnie moja matka. Począwszy od wstawania w nocy gdy byłam jeszcze niemowlęciem a skończywszy na cierpliwym uczeniu mnie haftu i szydełkowania, gdy tylko skończyłam siedem lat. Gdy na podwórku kaleczyłam kolano i przychodziłam z płaczem, to nigdy nie słyszałam od niej, że mam przestać się mazać. Zawsze przemywała moje rany wodą utlenioną, naklejała plasterek, uśmiechała się i mówiła: " Do wesela się zagoi". Nigdy nie wiedzialam o co jej chodziło z tym weselem. Nigdy też o to nie spytalam, nie miałam czasu, musiałam wracać na podwórko. :) Gdy po nocnym koszmarze budziłam się z płaczem w nocy, babcia przychodziła i drapała mnie po plecach tak długo aż znów spokojnie usnęłam. Ta kobieta kochała kwiaty, często zachęcała mnie bym pomagała jej je podlewać i abym do nich mówiła. Uwielbiała również książki, tym uwielbieniem zaraziła mnie, nauczyłam się czytać w wieku pięciu lat. Robiłyśmy razem mnóstwo wspaniałych rzeczy. nikt nigdy potem nie wniósł do mojego życia tyle miłości i ciepła.
Dziś wiem, że babcia chciała w ten sposób odkupić swoje błędy wychowawcze popełnione na mojej mamie. Moja mama urodziła się gdy babcia skończyła czterdzieści lat. Dosyć późno jak na urodzenie pierwszego dziecka, ale do tamtej pory w życiu mojej babci istniała tylko praca, była wykładowcą na miejscowym uniwersytecie. Szczegółów nie znam. Wiem tylko, że spotykała się z jakimś wykładowcą, z politechniki, poznała go na jakiś urodzinach u znajomych. Spotykali się rok gdy okazało się , że w drodze jest moja mama. Dzień w którym babcia powiedziała mojemu dziadkowi o ciąży okazał się dniem kiedy to okazało się, że ów mężczyzna ma żonę i dzieci na utrzymaniu, na drugim końcu Polski. Matka mojej matki kazała wracać swemu pożal się Boże lubemu tam skąd przyjechał, kilka miesięcy później urodziła moją mamę i od tamtej pory jej życie było jedną wielką próbą pogodzenia macierzyństwa z pracą. Babcia na pomoc, przy opiece nad mamą mogła liczyć jedynie na sąsiadki, a że była jedynym żywicielem swojej dwuosobowej rodziny, to moja mama spędzała u nich większość dnia, a często i wieczora. Jeśli chodzi o kwestie materialną, mojej matce niczego nie brakowało, babcia oprócz wykładania zajmowała się również tłumaczeniem . Tłumaczyła z języka angielskiego na polski i odwrotnie. Czasy były wtedy takie, że jeśli ktoś umiał posługiwać się językiem obcym to był to rosyjski lub niemiecki, angielski był językiem którym się posługiwano o wiele rzadziej niż w obecnych czasach. Więc gdy jakiś człowiek miał styczność z tym językiem, a nie potrafił się nim posługiwać, to lądował u mojej babci, z dolarami w kieszeni, albo artykułami żywnościowymi pozawijanymi w gazetę i pochowanymi w połach kurtki. Dolary wydawała w peweexie, a żywnością dzieliła się z sąsiadkami. Jak wcześniej napisałam - moja matka miała zapewniony, ale brakowało jej matczynego ciepła. Słyszałam kiedyś historię , o tym jak to właśnie do jednej z sąsiadek zaczęła zwracać się "mamo". Babcie to zabolało, ale wiedziała że jest winna tej sytuacji Próbowała coś zmienić i przez jakiś czas spędzała więcej czasu ze swoją córką. Efekt tego działania był pozytywny, ale co z tego skoro babcia niedługo potem znów zatraciła się w pracy. Tymczasem moja mama zaczęła dorastać, wpadła w złe towarzystwo, czasem kogoś pobiła, czasem coś ukradła, najczęściej jednak wracała do domu pod wpływem alkoholu. Aż w końcu, któregoś razu przyszła i oznajmiła : " Jestem w ciąży, załatw mi skrobankę bo ja bachora rodzić nie zamierzam". Moja babcia nie chciała jednak pozwolić na usunięcie tej ciąży, do tej pory nie miała czasu zajmować się swoją córką, ale świadoma tego, że sama jest przyczyną kłopotów swojego dziecka, zrezygnowała z części obowiązków by czuwać nad życiem nienarodzonej wnuczki.W pewnym momencie obie kobiety zaczęły się całkiem nieźle dogadywać, moja matka przestała trajkotać o aborcji, z czułością głaskała brzuch, przestała zadawać się ze swoimi dawnymi znajomymi. Obie z babcią w końcu zdawały się być szczęśliwe.
Przyszedł czas porodu. Podobno był to bardzo długi i męczący poród, ale mimo wszystko mojej mamie udało się mnie urodzić bez żadnej interwencji. Jednak po całym tym zdarzeniu zamknęła się w sobie, nie chciała z nikim rozmawiać, mną zajmowała się tylko wtedy kiedy musiała. Babcia wierzyła, że wszystko wróci do normy gdy zabierze nas do domu. Niestety, mijały tygodnie a nic się nie zmieniało.
niedziela, 4 września 2016
POŻEGNANIE WAKACJI ...
Gdybym robiła ten wpis w Piątek, tak jak początkowo miałam w planach, to pewnie napisałabym, że wcale mi nie jest smutno w związku z tym, że skończyły się wakacje. Łatwo mi tamtego dnia przyszło radowanie się początkiem roku szkolnego. Pogoda była piękna, a zaprowadzenie starszej córki do zerówki nie było obowiązkiem... Było przyjemnością. Myślałam sobie: " Dobrze by było gdyby taka pogoda utrzymała się przez większość września, jakoś tak mi lżej będzie wdrażać się znów w całe to zaprowadzanie, gdy warunki pogodowe będą sprzyjać". Jednak los spłatał mi psikusa i pogoda popsuła się w weekend. W Sobotę było nawet całkiem nieźle, ale już Niedziela była paskudna. Cały dzień padało, tak jakby Niedzieli było smutno, że już koniec wakacji. Choć smutno to trochę mało powiedziane. Niedziela była w czarnej rozpaczy. Cały dzień płakała ogromnymi łzami jakby się jej świat zawalił...
Dziś mamy Poniedziałek. Od samego rana szaro, buro i ponuro. Wygląda trochę tak, jakby mu się udzielił humor jego przyjaciółki. Cóż począć... W końcu są ze sobą tak blisko...
A ja ? Ja jakoś się trzymam.... Nawet usiadłam z samego rańca do pisania. Mam do wrzucenia kilka ujęć z minionych dwóch miesięcy. Między zdjęcia wplotę kilka słów... Jakoś to będzie... :)
Fotografia ta kojarzy mi się właśnie z odchodzącymi wakacjami. Co prawda, gdy robiłam to zdjęcie, to do końca wakacji były jeszcze ponad dwa tygodnie... Ale co to są te dwa tygodnie, czas przecież ucieka szybko. Nigdy nie czeka na to, aż zaczniesz żyć, zamiast biernie siedzieć. Czas ciągle się śpieszy, tak jak te dzieci na zdjęciu... Wiecznie musi być w innym położeniu niż jest teraz...
(Zdjęcie dosyć solidnie okrojone, gdyż w kadr wlazły mi aż trzy kosze na śmieci. Co ciekawe, ogromna ilość koszy na tym boisku, okazuje się niewystarczająca. Znajdzie się bowiem zawsze ktoś, komu do kosza będzie za daleko. I tak, kilka dni po wizycie w tym miejscu, wybrałam się tam z dziećmi ponownie, a tam mnóstwo rozbitego szkła tuż przy dziecięcej zjeżdżalni... Brak mi słów na brak wyobraźni u niektórych osobników gatunku ludzkiego !!! ).
Gdy patrzę teraz na te zdjęcia, które przygotowałam do wpisu, to trochę żałuję, że je "pozakłamywałam". Dni, kiedy można się było cieszyć pogodą było tak niewiele, że grzechem jest odbieranie im ich prawdziwych barw... Na szczęście nie są to jedyne zdjęcia, które posiadam z tych nielicznych, słonecznych dni. Mogę zatem odpuścić sobie winy. Sama. :)
Ujęcie z Zoo? Skądże znowu. Jedna z osób mieszkających w miejscowości, w której i mi przyszło mieszkać, miała kaprys by mieć stadko danieli na własność. Powinnam napisać, że jest mi żal tych zwierząt bo żyją w ogrodzeniu itd. I rzeczywiście jest mi ich żal. Pocieszam się jedynie myślą, że te zwierzęta prawdopodobnie nie wiedzą co to wolność i wypuszczone mogły by sobie nie poradzić. Marna to jednak pociecha gdy nie wie się ile te zwierzęta żyją już za tym ogrodzeniem. Może najstarsze osobniki, pamiętają jeszcze czasy biegania po bezkresnej przestrzeni... A może nie... Jest jednak grupa ludzi, którzy cieszą się z tej zwierzęcej niewoli pewnie bardziej niż sam właściciel. Są to dzieci. Dzieci zawsze chcą je karmić, licząc oczywiście, że uda im się pogłaskać któregoś zwierzaka...
Miesiące wiosenne i letnie to czas, kiedy nasza przestrzeń nie jest ograniczana ścianami, przestrzeń do tworzenia rysunków również nie ogranicza się tylko do kartki. Można zabrać na podwórko kredę i ozdobić nią każdy wolny skrawek betonu, desek czy innych miejsc. Kwiatki, które na kartce miałyby na przykład tylko pięć centymetrów, rysowane na chodniku mogą mieć ich nawet pięćdziesiąt! :) Nawet księżniczki narysowane kredą, mogą zdać się realniejsze przez to, że rozmiarem mogą przypominać prawdziwego człowieka. :)
Gdy jednak pogoda nie dopisuje, a rysowanie po kartkach już lekko dzieciątkom obrzydło można znaleźć jakąś inną powierzchnie, na której dzieci będą mogły rysować. Pewnie gdybym spytała moich córek na czym najbardziej miały by ochotę porysować, usłyszałabym, że po ścianach. Szczególnie ta młodsza uwielbia "zdobić" kuchenną ścianę tym co akurat ma na ręku lub pod ręką... Trochę szkoda mi już tych ścian, niewykluczone że gdyby mogły mówić , to przy każdym wejściu do kuchni słyszałabym: " Błaaaaagamy! pomaluj nas na jednolity kolor! Chcemy być czyste! ". Na szczęście ściany nie mówią, w związku z tym moje sumienie raczej na spokojnie podchodzi do ich stanu upaćkania. :) Jednak doskonale rozumiem, to że dzieci potrzebują czasem porysować na czym innym niż kartka. Nawet gdy za oknem pada. W związku z tym pojawiły ostatnio u nas kredki do rysowania po tkaninach. No i sobie rysują te moje pociechy...
Wakacje to też czas kiedy można posłać dzieci gdzieś... Na przykład do rodziny. I w tym czasie pozmieniać trochę w ich pokoju. Na przykład odświeżyć porysowane przez nie ściany... :) Bardzo satysfakcjonujące to zajęcie. :) Szczególnie gdy człowiek wpada na pomysły, by prócz pomalowania ścian może pacnąć tam jeszcze kilka serduszek, które tak samo mocno będą cieszyć i dziecko i autora. :) Minęły dwa miesiące odkąd odświeżyliśmy dzieciom pokój, a ja cały czas gdy do niego wchodzę, myślę sobie : "To ja go pomalowałam, prawie sama, tymi rękami... " :)
Życzę nam aby czas do następnego lata mijał szybko... I oby pogoda pozwoliła nam cieszyć resztką tegorocznego lata (wszak ono jeszcze trwa). Z resztą... Niech słońce zdominuje wszystkie pory roku. Nawet jeśli nie będzie go na niebie, to niech każdy poczuje siłę by samemu sobie być słońcem. :)
Doorin Mymind
piątek, 5 sierpnia 2016
CZY PUBLICZNE KARMIENIE PIERSIĄ POWINNO KOGOŚ GORSZYĆ?
Dzisiejszy post piszę w reakcji na wypowiedź Pana Marka Migalskiego, dotyczącą karmienia piersią w miejscach publicznych. Jeśli ktoś nie wie, kim jest wspomniany wyżej jegomość, to odsyłam tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Marek_Migalski . A tych, którzy jeszcze nie wiedzą, co takiego powiedział, zachęcam do zajrzenia np. tu : http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/303340-zenujace-uwagi-migalskiego-o-publicznym-karmieniu-piersia-nie-zycze-sobie-by-kobiety-wyciagaly-nad-moim-talerzem-cycek.
Mam dwie córki, obie karmiłam piersią. Robiłam to dla ich zdrowia, dla swojej wygody i (nie oszukujmy się) ze względów ekonomicznych. Z pierwszą córką podróżowałam już od pierwszych tygodni życia, niejednokrotnie byłam zmuszona nakarmić ją np. w autobusie. Starałam się to robić dyskretnie i nikogo tym nie gorszyć. Nikt mi nigdy nie zwrócił uwagi więc chyba się udawało lub po prostu miałam szczęście. Z druga córką, w tych pierwszych miesiącach życia kiedy to, dziecko najbardziej potrzebuje maminej piersi, nie miałam potrzeby oddalania się od domu, na odległość uniemożliwiającą szybki powrót. Publiczne karmienie piersią, miało więc miejsce o wiele rzadziej niż w przypadku pierwszego dziecka, ale również nie spotkałam się nigdy z żadną nie miłą uwagą.
Wiem, że inne kobiety takiego szczęścia nie mają i padają ofiarą krzywych spojrzeń, przykrych tekstów, a podobno nawet wyproszeń z restauracji itp.:( Pan Migalski nie jest jedynie niechlubnym wyjątkiem pozwalającym sobie na takie słowa, a niestety jedną z wielu takich osób. Próbowałam zrozumieć punkt widzenia takich ludzi - niestety nie potrafię. Nie potrafię zrozumieć, co złego jest w publicznym karmieniu dzieci? Jak można twierdzić, że to jest równie obrzydliwe jak puszczanie bąków czy publiczne sikanie? Z tego co mi wiadomo - mocz i bąki śmierdzą - mleko z piersi pachnie... Porównanie to jest więc baaaaaaaaaardzo nie na miejscu.
Przecież kobiety, które decydują się na karmienie piersią w miejscu publicznym, zwykle nie wywalają cycka, tak po prostu na wierzch (a już na pewno nie pchają się z nim do czyjegoś talerza), tylko starają się go zakryć pieluchą. Owszem, można się dalej upierać i twierdzić, że taka kobieta powinna udać się z maleństwem w jakieś ustronne miejsce, tylko ja się pytam: Co to ma być za ustronne miejsce? Śmierdzący kibel? No bo nie oszukujmy się - pokoi dla matek z dzieckiem nie ma jeszcze wcale aż tak dużo... Poza tym nie po to człowiek (tak, kobieta też człowiek) wychodzi z domu, żeby finalnie spędzić czas w odosobnieniu. Tym bardziej, że niektóre niemowlęta lubią sobie pojeść i potrafią przy piersi spędzić godzinę (!)
Ktoś mógłby powiedzieć : "No to niech te matki odciągają pokarm przed wyjściem i karmią z butelki." - Pewnie byłoby to jakieś wyjście gdyby każda matka posiadała elektryczny laktator, obawiam się jednak, że wiele kobiet posiada jedynie te wymagające siły ludzkich dłoni. A odciąganie mleka ręcznym laktatorem potrafi być żmudne, męczące i czasochłonne (odciągasz, odciągasz i odechciewa Ci się ruszać z domu).
Zastanawiam się również, czy te całe porównania karmienia piersią do procesów związanych z wydalaniem, nie są jedynie przykrywką, dla prawdziwych problemów nękających takich ludzi? Może część społeczeństwa nie chce się godzić na takie sytuacje, nie dlatego że faktycznie uważa je za obrzydliwe, a dlatego, że nie jest w stanie przejść do porządku dziennego nad tym, iż kobiecy biust ma inną funkcje, niż tylko tą kojarzoną z seksem?
Jeśli tak jest, to ja bardzo współczuję takim ludziom. Świadczy to o spaczeniu takich osób, a w najlepszym razie, o ich ograniczeniu. Z tego co wiem, wszystkie ssaki karmią potomstwo w ten sposób, co świadczy o tym, że przede wszystkim do tego celu zostały stworzone piersi. A obopólna przyjemność ludzi związana z posiadaniem tych narządów, to chyba po prostu (miły) efekt uboczny. :)
Kończąc moje wypociny, chciałabym życzyć Wam, by nikt nie warzył się wyciągać cycków nad Waszymi talerzami. :D A tak serio, to : Miłego wieczoru, udanego weekendu i aby "Ciemnogród' opuścił Wasze umysły (lub nigdy nie próbował w nich gościć)... :)
środa, 3 sierpnia 2016
BARDZO TRUDNY TEMAT...
Od kilku lat obserwuję, jak osoby, które swego czasu były (i nadal są) dla mnie bardzo ważne, powoli odsuwają się ode mnie, by wreszcie urwać kontakt całkowicie. Nie jestem w stanie podliczyć godzin, które spędziłam nad zastanawianiem się, co było tego przyczyną.W przeszłości zrobiłam wiele głupot i te osoby stały za mną murem, wspierały, pocieszały... Gdzie są teraz kiedy moje życie od kilku lat jest "normalne"?
Gdy szukałam u nich odpowiedzi to zwykle słyszałam, że wszystko jest w porządku między nami i że po prostu brak im czasu i bla, bla, bla ... Nawet mnie takie gadanie przez jakiś czas satysfakcjonowało i myślałam sobie: " Dobra Dorota, weź wyluzuj, przecież świat nie kręci się wokół Ciebie". Z czasem jednak pojawiały się wątpliwości. Szczególnie gdy okazywało się, że ci niegdysiejsi przyjaciele są w stanie wygospodarować całkiem sporo czasu dla każdej innej osoby, tylko nie dla mnie.
Nad zaistniałym stanem rzeczy byłoby mi przejść łatwiej do porządku dziennego, gdyby nie brak szczerości ze strony tych osób. Brak szczerości zarzucam im dlatego, ponieważ na ponawiane z mojej strony pytanie, o przyczynę braku kontaktu, zawsze słyszałam tą samą odpowiedź : Brak czasu.
Co gorsza za tą odpowiedzią, zawsze szły obietnice rychłego kontaktu lub spotkania. Obietnice bez pokrycia. Puste słowa rzucone na odczepnego. Puste słowa, które mimo wszystko dawały nadzieję, na możliwość przebywania z kimś, z kim kiedyś bardzo lubiło się przebywać... Nawet gdy mój rozsądek krzyczał: "Przestań się głupia ekscytować, przecież i tak się nie spotkacie". To moje serce i tak snuło wizje spędzonych wspólnie chwil, przegadanych godzin, wypełnionych śmiechem a czasem łzami...
Przyszły jednak dni, kiedy przestałam się łudzić, że przyjdzie mi spędzać czas z tymi osobami. Jedyne co mi pozostało to, to zastanawianie się nad przyczyną ich nieobecności w moim życiu. Rozmyślania pełne wyrzutów sumienia (bo może za późno "znormalniałam"). Rozmyślania pełne poczucia niższości (bo niewykształcona, bo może za biedna). Nie ukrywam, że przeszło mi nieraz przez myśl, że te osoby odsunęły się ode mnie, z racji tego, że jestem matką. Przecież to żadna przyjemność rozmawiać z kimś pośród hałasu generowanego przez dzieci.
Często zastanawiam się, czy to nie zazdrość przyczyniła się do zerwania kontaktu. Wszak nie narobiłam się w życiu za dużo, a mieszkam w domu, który według niektórych, jest mój. Fakt, że coś tak dużego przyszło mi bez żadnego wysiłku może boleć, prawda? I to nic, że pod względem prawnym ten dom wcale nie należy ani nigdy nie będzie należał do mnie. Kogo to obchodzi... :)
Dziś już nie zastanawiam się nad tym, czemu tych osób nie ma. Nadal za nimi tęsknię, ale mam w sobie tyle siły by pogodzić się z ich nieobecnością i nie zadręczać się pytaniami o nieobecność.Szkoda mi energii na tego rodzaju smutek, wszak mogą mnie przez to ominąć inne niesamowite chwile, przeżyte z innymi, doceniającymi mnie ludźmi.
Życzę im wszystkiego najlepszego, trzymam kciuki za ich życia i kibicuje im mniej lub bardziej skrycie. :)
A Wam życzę szczerości ze strony Waszych przyjaciół i tego byście Wy mieli siłę być szczerzy wobec swoich bliskich...
wtorek, 28 czerwca 2016
O TONIĘCIU I PŁONIĘCIU...
Leży kobieta i płacze...
Płacze i liczy na to, że utonie w morzu łez.
Tak naprawdę kobieta wcale nie chce tonąć.
Ona chce raz na zawsze utopić pamięć o nie wykorzystanych szansach.
O zmarnowanych:
Czasie i potencjale,
O nierozwijanych:
Umiejętnościach i talentach...
Słomiany zapał też chętnie utopi.
Na co jej on?
On płonie tak szybko,że i tak nigdy nie zdąża się przy nim ogrzać.
W dodatku nigdy nie płonie na tyle skutecznie by już się nigdy nie pojawić.
Pora zatem utopić go i zaopatrzyć się w nowy!
Taki, który długo się będzie tlił i żarzył
Taki, którego długotrwałe ciepło będzie zagrzewało ją do działania...
poniedziałek, 6 czerwca 2016
#nicodkrywczego2
Zdanie - klucz, namazane w tym tygodniu na drzwiach mej szopy to hasełko, które rzuciło mi się w oczy , przy okazji przeglądania pewnej książki motywacyjnej pt. " Psychologia zmiany", Marka Skały. Tak naprawdę to nie wiem kim jest autor książki (jeszcze). Nie przeczytałam tej książki - wzięłam ją do ręki ze względu na ilustracje, stworzone przez pana Andrzeja Mleczke (ciekawe czy dobrze odmieniłam nazwisko?).
"Rób najpierw to, co najważniejsze" jest w tym poradniku tytułem pewnego podrozdziału, a raczej punktu listy dobrych nawyków. Bez względu na to, co tam w tym punkcie napisał autor ja postanowiłam napisać jakie przesłanie według mnie skryte jest w tym zdaniu.
Zdanie samo w sobie nie jest odkrywcze, ale skłoniło mnie do refleksji nad tym co tak na prawdę jest najważniejsze. Oczywiście nie pierwszy raz się nad tym zastanawiam. Myślę jednak, że to "najważniejsze" to dla każdego coś innego i że to "najważnejsze" to nie jest coś niezmiennego.
Każdy ma swoją indywidualną hierarchię wartości, kształtowaną przez lata. Nie zamierzam tu nikomu pisać, co dla kogo powinno być najistotniejsze bo zwyczajnie nie mam do tego prawa. Jednak uważam, że każdy powinien się w którymś momencie swego życia zastanowić na czym tak naprawdę musi się w swoim życiu skupić.
Wydaje mi się, że bardzo istotne jest to aby każdy z nas zadał sobie pytanie:
"Czy moje priorytety to rzeczywiście moje priorytety? A może zostały mi narzucone?"
Uważam, że odpowiedzenie sobie na to pytanie jest bardzo istotne bo odpowiedź pokazuje nam czy żyjemy w zgodzie z własnym sumieniem, czy może tylko spełniamy oczekiwania innych...
Piszę, to wszystko dlatego bo i ja jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że moje życie zdominowały wartości , których ja sama jako priorytetowe nigdy w życiu bym nie "ustawiła" . A jednak. Komuś udało się przeprać mi mózg na tyle by w pewnym momencie nieistotne rzeczy stały się najistotniejsze a te najistotniejsze stały się prawie nie ważne !!!
Kończąc dzisiejszy wpis, życzę Wam aby żadna presja społeczeństwa nie odciągała Was od rozwijania się w taką stronę w jaką chcecie się rozwijać. Ani dziś, ani jutro, ani w dalekiej przyszłości...
No i oczywiście życzę owocnego wsłuchiwania się w siebie. :)
Doorin Mymind
wtorek, 31 maja 2016
JEDYNĄ WRODZONĄ WADĄ DZIECI JEST TO, ŻE DORASTAJĄ...
Jutro Dzień Dziecka, a ja stoję przy oknie w mojej sypialni i obserwuję dzieci jeżdżące na rowerach. Sporo ich. Część z nich pewnie niewiele starsza od mojej starszej córki. A i rówieśnik jakiś by się znalazł.
Nagle nachodzi mnie myśl:
" Przecież Zosia też niedługo będzie chciała wyjść na zewnątrz, poza podwórko. I co wtedy?"
Przecież tam, za ogrodzeniem, czyha na nią mnóstwo niebezpieczeństw...
Nie mówię tu o otarciach, siniakach, guzach...
Ja boję się, że ona wpadnie pod samochód,
Boję się ,że się zgubi,
że ktoś ją porwie dla organów... - Też się boje.
Jednak wiem, że już niebawem przyjdzie ten dzień, kiedy moja starsza córka przyjdzie i spyta:
"Mamo, mogę wyjść z podwórka, do dzieci, bawić się z nimi (jak każde normalne dziecko ;))? "
I szczerze mówiąc... Nie mam w obecnej chwili pojęcia co ja tej mojej pierworodnej wtedy mam powiedzieć... Nie wiem jaki kompromis ewentualnie zaproponować. Nic nie wiem...Normalnie nic.
A chwile potem zdaje sobie również sprawę ,że gdy ta starsza zacznie bawić się poza podwórkiem, to ta młodsza szybko będzie chciała pójść w jej ślady...
I teraz to już naprawdę nic nie wiem...
Serio - Zbaraniałam (nie obrażając baranów oczywiście :) ).
Abyście nie zbaranieli... I abyście nie zabili swojego wewnętrznego dziecka - ciężko się je wskrzesza.
Doorin Mymind
poniedziałek, 30 maja 2016
#nicodkrywczego
Wpadł mi do głowy pewien pomysł...
Czasem o mą głowę zahaczają różne myśli. Samotne zdania, które jeśli nie są zapisane - ulatują gdzieś, ale jeśli się je gdzieś utrwali to można potem po nie sięgnąć i rozwijać. Postanowiłam zatem moje krótkie myśli najpierw bazgrać na drzwiach szopy. Potem obfotografowywać, a następnie wrzucać je tutaj z dłuższym lub krótszym komentarzem.
Nie musiałam długo czekać na pojawienie się "czegoś' w mojej głowie. Pewna bliska mi osoba powiedziała mi ostatnio, że Kosmos nie słyszy "NIE"!
Co zatem nam wyjdzie gdy od popularnego powiedzenia (" Nie chwal dnia przed zachodem słońca") odejmiemy właśnie to słowo ("nie") ?
Jeśli brać oryginał powiedzenia prawie dosłownie to jest to zdanie zachęcające (według mojej opinii) do powściągliwości w uleganiu pozytywnym emocjom. Jednak gdy zabierzemy ten negujący szczególik to otrzymujemy coś co wręcz zachęca nas do cieszenia się każdą dobrą rzeczą, która nas w ciągu dnia spotyka.
No... Bo czemu niby nie?
Co nam przyszło z posiadania mentalności wiecznie niezadowolonych?
Żyjemy dzięki temu lepiej?
Uszlachetnia nas to w jakiś sposób?
Nie sądzę... Chyba ,że wydaje się nam, iż nadal żyjemy w średniowieczu. To wtedy możemy uważać się za ascetów biczujących swój umysł negatywnym myśleniem.
Hmmm... jednak nadal nie uważam aby samo zadręczanie się wnosiło cokolwiek dobrego do naszego życia więc :
CHWALCIE DZIEŃ PRZED ZACHODEM SŁOŃCA!!!
Cieszcie się każdą pozytywną rzeczą która Was spotyka, nawet jeśli to z pozoru pierdoła.
Pewnie wielu z Was pomyśli sobie, że o to ja jestem kolejną osobą która wylewa na Was pseudo motywacyjne wiadro mało istotnych słów... - Tak , być może i jestem. :) (niecelowo) .
Jednak wiem jedno - moje życie zmieniło się na gorsze gdy przestałam się cieszyć dobrem i tymi pozytywnymi pierdołami, które mnie spotykają a zaczęłam (z czasem wręcz obsesyjnie) przejmować się złymi zdarzeniami, swoimi wadami i wszystkim czym tylko można było sobie popsuć humor.
Po prostu przestałam czuć się szczęśliwa a moim życiem zawładnęły frustracja i wiecznie nie zadowolenie. I pół biedy gdybym zatruwała tymi emocjami życie tylko sobie, ale niestety moi najbliżsi obrywali rykoszetem...
Pamiętajcie więc: Nie warto się nie cieszyć !!! :)
Doorin Mymind
środa, 23 marca 2016
O WSZYSTKIM I O NICZYM... czyli POST LEKKOSTRAWNY ;)
Dziś szybki , spontaniczny wpis. :)
No dobra, z tym szybkim to nie wiadomo jak będzie - To frustrujące.- Ilekroć siadam do komputera by coś napisać, okazuje się że gdzieś wyparowały mi z głowy wszystkie tematy , które chciałabym poruszyć. A wszystkie myśli, które wydawały mi się godne umieszczenia tutaj , ześlizgują się w niebyt z mojej niedostatecznie pofałdowanej mózgownicy...
( O Matko! Ja znów zaczynam marudzić, zrzędzić i użalać się nad sobą! - Koniec z tym [dziś]! :D ).
Mamy w końcu Wiosnę!- Przyszła po cichutku, nie rzucając się w oczy. Pewnie jej wejście byłoby bardziej spektakularne gdyby Zima się tak nie obijała. :) .
Większość z Was jest pewnie zajęta porządkami wiosenno świątecznymi .Takimi standardowymi jak mycie okien , eksmisja pająków, odsuwanie mebli w celu pozbycia się zalegających kotów kurzu itd. Reszta być może ma sprzątanie głęboko w... nosie.
Ja też! Ja też! - Pewnie dlatego bolą mnie zatoki...
(Ej!, Dorota... Weź się przyznaj ,że gdyby nie te zatoki to prawdopodobnie byś w tym momencie wkurzała się na smugi lub spadała z parapetu...). ;)
Zostawmy sprzątanie i moje zatoki w spokoju.
Chciałam Wam dziś pokazać mojego funpageowo facebookowego awatara :
Autorką rysunku jest moja córka Zosia. :) Czyli dziecko , które lubi sobie często przysiąść na dwie godziny i zarysowywać kartki tym co jej do głowy akurat przyjdzie.
W tym miejscu też zamierzam to wykorzystać jako awatar, tylko najpierw muszę "odłączyć" się od mojego drugiego bloga.- Część z Was pewnie zauważyła, iż pod moimi wpisami wyświetla się informacja, że ich autorem jest Samopomoc Babska (zachęcam Was z resztą do lektury wpisów na tym blogu : http://pomocbabska.blogspot.com/. Prowadzę go wraz z moją kuzynką , Basią. :)). - Dzieje się tak ponieważ gdy postanowiłam z pisaniem Doorin Mymind wyjść poza facebooka, to nie pomyślałam o założeniu konta na Google, dedykowanego mojej stronie. Po prostu "władowałam" się na istniejące konto i w ten sposób SB stało się autorem moich wpisów tutaj.- Ale... Jestem na tropie jak wybrnąć z tej sytuacji. :D
Kończę mój "POST LEKKOSTRAWNY" , bo inaczej stanie się on bardzo ciężko strawny (o ile już nie jest) :) ...
Wrzucam Wam tu jeszcze kilka zrobionych i poudziwnianych przeze mnie zdjęć , tak żeby było inaczej niż zwykle :) :
Ja też uległam modzie na "selfiacza" w lustrze... :)
Rzeżucha - Zabójca dysortografików (?)
Najmniej udziwnione zdjęcie :) Za to scenografia ciekawa... :P
Kto to koto to to kto.
Ryba? W lesie?
Na pierwszym planie...czarnoziem.
Wpatrzcie się w korę...
Co widzicie?
Smutne są lasy gdy śmiecą w nich k#%^sy ...
Nawet zdjęcie sarnich (chyba) bobków wygląda ciekawiej gdy się trochę mu kolory poprzestawia...
?
A teraz już naprawdę na mnie pora. - Dobranoc Wam. :)
Doorin Mymind
PS Jeśli macie ochotę "pokręcić" się na moim facebookowym profilu i na przykład poczytać co pisałam rok temu i dwa lata temu to zapraszam tutaj:
Oczywiście absolutnie się nie obrażę jeśli komuś z Was przyjdzie do głowy "polajkować" tenże profil.:D
I jeszcze raz.. - Dobranoc Wam. :)
Doorin Mymind
czwartek, 11 lutego 2016
Jakiś czas temu pewna, znająca mnie bardzo dobrze osoba, zadała mi pytanie, które brzmiało :
"Jak to jest ,że masz taką niską samoocenę podczas gdy twoje rodzeństwo ma ją wręcz zawyżoną ?".
Pytanie to zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego posta. Napiszę troszkę o tym jak relacje między rodzeństwem przekładają się na dalsze życie człowieka w społeczeństwie ...Ale przede wszystkim wrzucę tu kilka zasad, których ja staram się trzymać wychowując moje córki (na zgodne, kochające się rodzeństwo).
Kiedyś myślałam , że to jak wyglądają relacje rodzeństwa w dzieciństwie nie ma żadnego związku z tym jak te relacje będą wyglądały w późniejszych latach ,ani na to jak będą wyglądały relacje z innymi ludźmi. To było błędne myślenie. Twierdze tak nie tylko na podstawie obserwacji moich relacji ,ale również na podstawie obserwacji tego co dzieje się w innych rodzinach.
"Jak to jest ,że masz taką niską samoocenę podczas gdy twoje rodzeństwo ma ją wręcz zawyżoną ?".
Pytanie to zainspirowało mnie do napisania dzisiejszego posta. Napiszę troszkę o tym jak relacje między rodzeństwem przekładają się na dalsze życie człowieka w społeczeństwie ...Ale przede wszystkim wrzucę tu kilka zasad, których ja staram się trzymać wychowując moje córki (na zgodne, kochające się rodzeństwo).
Kiedyś myślałam , że to jak wyglądają relacje rodzeństwa w dzieciństwie nie ma żadnego związku z tym jak te relacje będą wyglądały w późniejszych latach ,ani na to jak będą wyglądały relacje z innymi ludźmi. To było błędne myślenie. Twierdze tak nie tylko na podstawie obserwacji moich relacji ,ale również na podstawie obserwacji tego co dzieje się w innych rodzinach.
Myślę ,że zacząć ten temat trzeba od tego , iż to rodzice i najbliższa rodzina są odpowiedzialni za to jak te relacje między dziećmi wyglądają. I to już w pierwszych dniach od pojawienia się młodszej pociechy. Wiadomo ,że kiedy w rodzinie rodzi się drugie dziecko to, to pierwsze często czuje się zepchnięte na dalszy plan. Wynika to w dużej mierze z przyczyn , że tak to nazwę "technicznych". Zaabsorbowani zmienianiem pieluch, karmieniem, walką z kolkami i różnymi innymi "atrakcjami" związanymi z narodzinami nowego członka rodziny, często nie mamy siły by pokazać starszemu dziecku, że jest dla nas równie ważne jak to "nowe". W konsekwencji , to "stare" dziecko może czuć się zazdrosne, odrzucone , ale jednocześnie nie chcąc pogodzić się z odtrąceniem, może uciekać się do niebezpiecznych metod zwracania na siebie uwagi.
Na szczęście żyjemy w czasach kiedy ludzie są pewnych rzeczy bardziej świadomi niż jeszcze np. dwie dekady temu , więc potrafimy rozegrać to wszystko tak by pojawienie się rodzeństwa było możliwie jak najmniej bolesne dla starszego dziecka. Ludzie np. organizują przyjęcia na cześć stania się starszym bratem lub siostrą. Często też gdy pojawia się w domu noworodek , to goście którzy przybywają z wizytą i przynoszą ze sobą prezenty dla maleństwa ,starają się nie zapominać o przyniesieniu czegoś dla większych dzieci. Ewentualną zazdrość można również wyeliminować , angażując starsze rodzeństwo w pomoc przy młodszym. Uwierzcie,że z pozoru głupia pochwała za przyniesienie "pampsiona" , może spowodować , że świeżo upieczony brat/ siostra poczują się równie ważni co ten człowiek w powijakach. :). Super kiedy na pomoc przy dzieciach możemy liczyć na babcie, ciocie itd. Podczas kiedy nam przyjdzie zmieniać kolejny kaftanik ( bo, ojoj, bobasowi się ulało), babcia może wyjść ze starszym smykiem na spacer. Lub na odwrót- niech babcia zmienia te zafajdane ubranka a my idźmy na spacer - to nawet lepsza opcja niż ta pierwsza :) .
Świetnie! Udało nam się przetrwać pierwsze dni ,tygodnie, nawet miesiące i nie usłyszeć z ust starszego dziecka np :
" Nie lubię dzidzi",
" Nie możemy jej gdzieś oddać?",
" Wolałabym mieszkać tylko z mamusią i tatusiem". itd.
Udało się nam również nie sprowokować sytuacji ,podczas której większy mały człowiek wznieca pożar w domu czy pozbywa się większości włosów jednym ciachnięciem nożyczek.-To znaczy ,że nie musiało desperacko zabiegać o naszą uwagę. :) - Sukces...:)
I co dalej?
Dalej, wbrew pozorom, jest o wiele trudniej nie spowodować "kwasów" między rodzeństwem...
Ja chciałabym wychować dwie kochające się i wspierające siostry. Takie które będą mogły sobie ufać i będą mogły na siebie liczyć w każdej sytuacji. Takie, które nie będą próbowały z sobą rywalizować w chory sposób. Takie , które będą darzyły się wzajemnym szacunkiem.
Próbuję osiągnąć ten cel stosując się do kilku , może nie wymyślonych przeze mnie, ale złożonych w jedna listę ,zasad :
1. Staram się nie porównywać do siebie moich dzieci ...
Co niestety nie oznacza ,że nigdy mi się to nie zdarza. Mam w pamięci jedną taką sytuację :
Pewnego dnia, prawie rok temu, moja młodsza córka pierwszy raz ubrała samodzielnie oba buty . Pewnie fuksem udało się jej ubrać je na dobre nogi. :) Ja powiedziałam wtedy do Zosi : " Zobacz Zosia, Ola pierwszy raz ubrała sama buty i zrobiła to dobrze , a ty nie możesz się przez tyle czasu nauczyć". - Zosi automatycznie zrobiło się przykro. A mi zrobiło się wstyd.
Wypowiadając to zdanie spowodowałam ,że moje starsze dziecko poczuło się gorsze i wykluczyłam je z cieszenia się faktem ,że jej siostrzyczka zdobyła nową umiejętność... :(
Jednak tamta sytuacja, choć dosyć przykra, nauczyła mnie unikać wypowiadania takich słów. Do którejkolwiek z moich córek. :)
2. Jestem konsekwentna wobec obu córek (na raz)...
Przykładowa sytuacja :
Starsze dziecko przydreptuje do kuchni i twierdzi, że jest głodne. Do obiadu została godzina więc podkarmienie jej czymkolwiek może skutkować tym ,że godzinę później będzie siedzieć i dłubać w talerzu widelcem. Cóż- nie pozostaje mi nic innego jak ją odprawić. Chwilę potem zjawia się młodsza. Swą pielgrzymkę do kuchni odbyła w takiej samej intencji, co jej starsza siostra. :) Ją również odprawiam.
Za niedługi czas pojawia się znowu starsza , licząc że coś jednak "ugra".- Nic z tego. Młodsze dziecko również postanawia sprawdzić czy się jej poszczęści.- Kategorycznie odmawiam.
Załóżmy, że sytuacja powtarza się kilka razy i jestem już zniecierpliwiona ich wycieczkami do kuchni, w końcu ulegam jednej z nich. Co wtedy się dzieje?
Po pierwsze - moje dzieci dostały by wtedy sygnał, że to co do nich mówię nijak się ma do tego co robię - a to już nie dobrze. Po drugie - dziecko któremu wcześniej nie uległam czuło by się pokrzywdzone.
No bo jak to? Siostra mogła zapchać się bananem przed obiadem ,a ona nie ? Widocznie mama jej nie kocha... Albo kocha ją mniej... To ona w takim razie nie lubi siostry...
3. Nie napuszczam moich dzieci na siebie...
To znaczy , że nie zachęcam ich do skarżenia na siebie . Nie prowokuje sytuacji , które mogą spowodować , że którejś z moich córek zacznie się wydawać , iż może zdobyć uznanie w moich oczach oczerniając siostrę.
Znam kilka osób które były wychowywane w ten sposób. Najczęściej były najmłodszymi członkami rodzin. Takie osoby obrzydzają dzieciństwo swojemu rodzeństwu nie tylko skarżąc , ale również wyolbrzymiając lub po prostu najbezczelniej kłamiąc na temat swych sióstr czy braci. Niestety ten brzydki zwyczaj często nie mija im gdy dorastają (choć znam wyjątek :) ). Taka osoba, do takich metod będzie się uciekać za każdym razem gdy poczuje się zagrożona lub gdy będzie sobie po prostu chciała poprawić humor...
I będzie się w ten sposób zachowywać nie tylko w stosunku do swego rodzeństwa.
Pod napuszczanie dzieci na siebie można "podpiąć" , również taką , wymyśloną przeze mnie sytuacje :
Gdzieś na świecie żyje sobie kobieta. Ma dwie dorosłe córki .Z obiema stara się utrzymywać kontakt. Pewnego dnia pojawia się u kobiety jedna z córek. Gawędzą sobie przy kawce. O różnych rzeczach. W którymś momencie matka wypala do córki :
"Wiesz, twoja siostra powiedziała ostatnio, że z ciebie dupa a nie kobieta . Ty w ogóle nie dbasz o dom".
Córka początkowo nie dowierza temu co właśnie słyszy, ale z drugiej strony to przecież nie pierwszy raz jej siostra gada na nią do matki. Wzbiera w niej gniew , a w gniewie :
"Ja przynajmniej odniosłam sukces w życiu , a nie siedzę ciągle z tyłkiem w chałupie, oglądając głupie seriale i udając, że coś w życiu robię."
Jak nie trudno się domyślić- Kochana mamusia zda relacje siostrze z dzisiejszej pogawędki. Potem się będzie dziwić ,że jej córki nie chcą razem spędzać czasu , że nigdy jej wspólnie nie odwiedzają...
Cóż... Uważam ,że jeśli komuś zależy by jego dzieci miały ze sobą dobry kontakt , to w takich sytuacjach powinien milczeć,a nie przekazywać dalej to co usłyszał. Wiadomo przecież ,że każdemu zdarzy się powiedzieć coś czego nie powinien na temat drugiej osoby. Po co zatem powtarzać to co się usłyszało skoro wiadomo ,że może to wyrządzić krzywdę. Sytuacja niby fikcyjna , ale to niestety nie znaczy,że takie nie występują.
Występują - i to dosyć powszechnie... :(
4. Staram się być sprawiedliwa.
Bycie sprawiedliwym nie jest prostą sprawą. Bo podobno sprawiedliwie nie znaczy po równo itd. Ja twierdząc, że staram się taka być , mam na myśli :
- Unikanie stosowania odpowiedzialności zbiorowej.
Wiem, że niektórzy rodzice karzą wszystkie swoje dzieci za przewinienie jednego. Myślę ,że stosują to "ku przestrodze". I pewnie nie dość , że nie spełnia to swojego zadania (bo przecież głupoty robi każde dziecko, ba- robią je nawet dorośli) to jeszcze powoduje niechęć rodzeństwa w stosunku do gagatka , który nabroił.
- Podkreślanie mocnych cech dzieci.
To bardzo ważne, tym bardziej kiedy człowiekowi mimo wszystko zdarza się (głośno) porównywać do siebie dzieci. Być może nie zrekompensuje to w całości krzywdy jaką zrobiliśmy dziecku tym porównywaniem , ale...Niech wie, że np. mimo braku umiejętności poprawnego ubierania butów ( :P ), pięknie rysuje , szybko biega , ładnie śpiewa lub recytuje. Myślę, że ważne jest też to, aby dzieciom o tych ich mocnych stronach mówić możliwie jak najczęściej. Wiadomo , że dzięki temu mały człowiek będzie miał wyższą samoocenę.
Wyższa samoocena = akceptacja samego siebie. Akceptacja samego siebie = kochanie samego siebie. Kochanie samego siebie = umiejętność kochania innych. Kochanie innych = Niezatruwanie im życia wytykaniem najmniejszych nawet błędów , celem przelania na nich frustracji wynikającej z samo niezadowolenia ... = Szczęśliwe życie w szczęśliwym otoczeniu ! :)
- Umożliwianie starszym dzieciom spędzania czasu na samodzielnej zabawie.
To niestety punkcik , który u nas najbardziej kuleje. Ale robię co mogę bo mam świadomość ,że nie ma nic bardziej wkurzającego starsze rodzeństwo , niż mały berbeć łażący krok w krok za swym starszym bratem lub siostrą.
Próbujesz się pobawić lalkami - brzdąc ci je wyrywa. Chcesz porysować - już masz "zagryzdaną" całą kartkę ,a świeżo utemperowane kredki obżarte. Chcesz pobawić się z koleżankami - co to za zabawa jak musisz mieć oko na tego małego człowieka ...
No ludzie - przecież ten mały brzdąc to Wasze dziecko , a nie dziecko Waszego dziecka... :) Nawet kogoś , kogo się bardzo lubi, można znienawidzić gdy musi się z nim spędzać za dużo czasu...
- Nie zmuszanie starszego rodzeństwa do każdorazowego ustępowania młodszemu .
Myślę ,że to idzie nam całkiem nie źle . Były nawet sytuacje kiedy moja starsza córka sama , dla świętego spokoju , chciała oddać zabawkę młodszej i musiałam jej wtedy przypominać, że lepiej by było gdyby jej nie oddawała. Nie twierdze, że nie ustępujemy jej nigdy - czasem naprawdę się nie da. :/ Zwykle jednak nie uginamy się pod wpływem szantażu emocjonalnego, jaki funduje nam najmłodszy członek rodziny. Nie chcemy jej po prostu uczyć ,że płaczem i tarzaniem się po podłodze może coś uzyskać...
Gdybyśmy częściej naciskali na starsze dziecko, by ustępowało to podejrzewam ,że zaczęła by się buntować i być może mścić. Wiecie- jakieś ukradkowe szczypanie i kuksańce, zabieranie zabawek gdy nikt nie patrzy. A to , po to by mieć złudzenie rekompensaty za wszystkie te momenty kiedy to ona czuła się mniej ważna bo musiała oddać zabawkę swojej nieznośnej siostrze. :(
To chyba była ostatnia rzecz , którą chciałam zamieścić na liście. Oczywiście istnieje ryzyko ,że potem przypomnę sobie coś jeszcze. Przewiduje, że będę sobie "pluć w brodę " bo znów nie rozplanowałam sobie wpisu .
Wychowując więcej niż jedno dziecko , musimy pamiętać , że gdyby nas- rodziców, kiedyś zabrakło to nasze potomstwo będzie dla siebie najbliższymi osobami pod względem pokrewieństwa. Myślę , że warto zadbać o to aby nie tylko pokrewieństwo je łączyło. Nie mam oczywiście stuprocentowej pewności czy moja lista stanowi klucz do sukcesu w tej dziedzinie - moje dzieci są przecież jeszcze małe. :) Minie kilka , a może nawet kilkanaście lat , nim dowiem się czy postępowałam słusznie. Na ten moment myślę jednak , że moja lista jest dobra. Byłoby mi też pewnie milo gdyby kiedyś okazało się ,że dzisiejszy wpis pomógł komuś w "pokierowaniu" relacjami między jego pociechami. Kto wie ...
Świetnie! Udało nam się przetrwać pierwsze dni ,tygodnie, nawet miesiące i nie usłyszeć z ust starszego dziecka np :
" Nie lubię dzidzi",
" Nie możemy jej gdzieś oddać?",
" Wolałabym mieszkać tylko z mamusią i tatusiem". itd.
Udało się nam również nie sprowokować sytuacji ,podczas której większy mały człowiek wznieca pożar w domu czy pozbywa się większości włosów jednym ciachnięciem nożyczek.-To znaczy ,że nie musiało desperacko zabiegać o naszą uwagę. :) - Sukces...:)
I co dalej?
Dalej, wbrew pozorom, jest o wiele trudniej nie spowodować "kwasów" między rodzeństwem...
Ja chciałabym wychować dwie kochające się i wspierające siostry. Takie które będą mogły sobie ufać i będą mogły na siebie liczyć w każdej sytuacji. Takie, które nie będą próbowały z sobą rywalizować w chory sposób. Takie , które będą darzyły się wzajemnym szacunkiem.
Próbuję osiągnąć ten cel stosując się do kilku , może nie wymyślonych przeze mnie, ale złożonych w jedna listę ,zasad :
1. Staram się nie porównywać do siebie moich dzieci ...
Co niestety nie oznacza ,że nigdy mi się to nie zdarza. Mam w pamięci jedną taką sytuację :
Pewnego dnia, prawie rok temu, moja młodsza córka pierwszy raz ubrała samodzielnie oba buty . Pewnie fuksem udało się jej ubrać je na dobre nogi. :) Ja powiedziałam wtedy do Zosi : " Zobacz Zosia, Ola pierwszy raz ubrała sama buty i zrobiła to dobrze , a ty nie możesz się przez tyle czasu nauczyć". - Zosi automatycznie zrobiło się przykro. A mi zrobiło się wstyd.
Wypowiadając to zdanie spowodowałam ,że moje starsze dziecko poczuło się gorsze i wykluczyłam je z cieszenia się faktem ,że jej siostrzyczka zdobyła nową umiejętność... :(
Jednak tamta sytuacja, choć dosyć przykra, nauczyła mnie unikać wypowiadania takich słów. Do którejkolwiek z moich córek. :)
2. Jestem konsekwentna wobec obu córek (na raz)...
Przykładowa sytuacja :
Starsze dziecko przydreptuje do kuchni i twierdzi, że jest głodne. Do obiadu została godzina więc podkarmienie jej czymkolwiek może skutkować tym ,że godzinę później będzie siedzieć i dłubać w talerzu widelcem. Cóż- nie pozostaje mi nic innego jak ją odprawić. Chwilę potem zjawia się młodsza. Swą pielgrzymkę do kuchni odbyła w takiej samej intencji, co jej starsza siostra. :) Ją również odprawiam.
Za niedługi czas pojawia się znowu starsza , licząc że coś jednak "ugra".- Nic z tego. Młodsze dziecko również postanawia sprawdzić czy się jej poszczęści.- Kategorycznie odmawiam.
Załóżmy, że sytuacja powtarza się kilka razy i jestem już zniecierpliwiona ich wycieczkami do kuchni, w końcu ulegam jednej z nich. Co wtedy się dzieje?
Po pierwsze - moje dzieci dostały by wtedy sygnał, że to co do nich mówię nijak się ma do tego co robię - a to już nie dobrze. Po drugie - dziecko któremu wcześniej nie uległam czuło by się pokrzywdzone.
No bo jak to? Siostra mogła zapchać się bananem przed obiadem ,a ona nie ? Widocznie mama jej nie kocha... Albo kocha ją mniej... To ona w takim razie nie lubi siostry...
3. Nie napuszczam moich dzieci na siebie...
To znaczy , że nie zachęcam ich do skarżenia na siebie . Nie prowokuje sytuacji , które mogą spowodować , że którejś z moich córek zacznie się wydawać , iż może zdobyć uznanie w moich oczach oczerniając siostrę.
Znam kilka osób które były wychowywane w ten sposób. Najczęściej były najmłodszymi członkami rodzin. Takie osoby obrzydzają dzieciństwo swojemu rodzeństwu nie tylko skarżąc , ale również wyolbrzymiając lub po prostu najbezczelniej kłamiąc na temat swych sióstr czy braci. Niestety ten brzydki zwyczaj często nie mija im gdy dorastają (choć znam wyjątek :) ). Taka osoba, do takich metod będzie się uciekać za każdym razem gdy poczuje się zagrożona lub gdy będzie sobie po prostu chciała poprawić humor...
I będzie się w ten sposób zachowywać nie tylko w stosunku do swego rodzeństwa.
Pod napuszczanie dzieci na siebie można "podpiąć" , również taką , wymyśloną przeze mnie sytuacje :
Gdzieś na świecie żyje sobie kobieta. Ma dwie dorosłe córki .Z obiema stara się utrzymywać kontakt. Pewnego dnia pojawia się u kobiety jedna z córek. Gawędzą sobie przy kawce. O różnych rzeczach. W którymś momencie matka wypala do córki :
"Wiesz, twoja siostra powiedziała ostatnio, że z ciebie dupa a nie kobieta . Ty w ogóle nie dbasz o dom".
Córka początkowo nie dowierza temu co właśnie słyszy, ale z drugiej strony to przecież nie pierwszy raz jej siostra gada na nią do matki. Wzbiera w niej gniew , a w gniewie :
"Ja przynajmniej odniosłam sukces w życiu , a nie siedzę ciągle z tyłkiem w chałupie, oglądając głupie seriale i udając, że coś w życiu robię."
Jak nie trudno się domyślić- Kochana mamusia zda relacje siostrze z dzisiejszej pogawędki. Potem się będzie dziwić ,że jej córki nie chcą razem spędzać czasu , że nigdy jej wspólnie nie odwiedzają...
Cóż... Uważam ,że jeśli komuś zależy by jego dzieci miały ze sobą dobry kontakt , to w takich sytuacjach powinien milczeć,a nie przekazywać dalej to co usłyszał. Wiadomo przecież ,że każdemu zdarzy się powiedzieć coś czego nie powinien na temat drugiej osoby. Po co zatem powtarzać to co się usłyszało skoro wiadomo ,że może to wyrządzić krzywdę. Sytuacja niby fikcyjna , ale to niestety nie znaczy,że takie nie występują.
Występują - i to dosyć powszechnie... :(
4. Staram się być sprawiedliwa.
Bycie sprawiedliwym nie jest prostą sprawą. Bo podobno sprawiedliwie nie znaczy po równo itd. Ja twierdząc, że staram się taka być , mam na myśli :
- Unikanie stosowania odpowiedzialności zbiorowej.
Wiem, że niektórzy rodzice karzą wszystkie swoje dzieci za przewinienie jednego. Myślę ,że stosują to "ku przestrodze". I pewnie nie dość , że nie spełnia to swojego zadania (bo przecież głupoty robi każde dziecko, ba- robią je nawet dorośli) to jeszcze powoduje niechęć rodzeństwa w stosunku do gagatka , który nabroił.
- Podkreślanie mocnych cech dzieci.
To bardzo ważne, tym bardziej kiedy człowiekowi mimo wszystko zdarza się (głośno) porównywać do siebie dzieci. Być może nie zrekompensuje to w całości krzywdy jaką zrobiliśmy dziecku tym porównywaniem , ale...Niech wie, że np. mimo braku umiejętności poprawnego ubierania butów ( :P ), pięknie rysuje , szybko biega , ładnie śpiewa lub recytuje. Myślę, że ważne jest też to, aby dzieciom o tych ich mocnych stronach mówić możliwie jak najczęściej. Wiadomo , że dzięki temu mały człowiek będzie miał wyższą samoocenę.
Wyższa samoocena = akceptacja samego siebie. Akceptacja samego siebie = kochanie samego siebie. Kochanie samego siebie = umiejętność kochania innych. Kochanie innych = Niezatruwanie im życia wytykaniem najmniejszych nawet błędów , celem przelania na nich frustracji wynikającej z samo niezadowolenia ... = Szczęśliwe życie w szczęśliwym otoczeniu ! :)
- Umożliwianie starszym dzieciom spędzania czasu na samodzielnej zabawie.
To niestety punkcik , który u nas najbardziej kuleje. Ale robię co mogę bo mam świadomość ,że nie ma nic bardziej wkurzającego starsze rodzeństwo , niż mały berbeć łażący krok w krok za swym starszym bratem lub siostrą.
Próbujesz się pobawić lalkami - brzdąc ci je wyrywa. Chcesz porysować - już masz "zagryzdaną" całą kartkę ,a świeżo utemperowane kredki obżarte. Chcesz pobawić się z koleżankami - co to za zabawa jak musisz mieć oko na tego małego człowieka ...
No ludzie - przecież ten mały brzdąc to Wasze dziecko , a nie dziecko Waszego dziecka... :) Nawet kogoś , kogo się bardzo lubi, można znienawidzić gdy musi się z nim spędzać za dużo czasu...
- Nie zmuszanie starszego rodzeństwa do każdorazowego ustępowania młodszemu .
Myślę ,że to idzie nam całkiem nie źle . Były nawet sytuacje kiedy moja starsza córka sama , dla świętego spokoju , chciała oddać zabawkę młodszej i musiałam jej wtedy przypominać, że lepiej by było gdyby jej nie oddawała. Nie twierdze, że nie ustępujemy jej nigdy - czasem naprawdę się nie da. :/ Zwykle jednak nie uginamy się pod wpływem szantażu emocjonalnego, jaki funduje nam najmłodszy członek rodziny. Nie chcemy jej po prostu uczyć ,że płaczem i tarzaniem się po podłodze może coś uzyskać...
Gdybyśmy częściej naciskali na starsze dziecko, by ustępowało to podejrzewam ,że zaczęła by się buntować i być może mścić. Wiecie- jakieś ukradkowe szczypanie i kuksańce, zabieranie zabawek gdy nikt nie patrzy. A to , po to by mieć złudzenie rekompensaty za wszystkie te momenty kiedy to ona czuła się mniej ważna bo musiała oddać zabawkę swojej nieznośnej siostrze. :(
To chyba była ostatnia rzecz , którą chciałam zamieścić na liście. Oczywiście istnieje ryzyko ,że potem przypomnę sobie coś jeszcze. Przewiduje, że będę sobie "pluć w brodę " bo znów nie rozplanowałam sobie wpisu .
Wychowując więcej niż jedno dziecko , musimy pamiętać , że gdyby nas- rodziców, kiedyś zabrakło to nasze potomstwo będzie dla siebie najbliższymi osobami pod względem pokrewieństwa. Myślę , że warto zadbać o to aby nie tylko pokrewieństwo je łączyło. Nie mam oczywiście stuprocentowej pewności czy moja lista stanowi klucz do sukcesu w tej dziedzinie - moje dzieci są przecież jeszcze małe. :) Minie kilka , a może nawet kilkanaście lat , nim dowiem się czy postępowałam słusznie. Na ten moment myślę jednak , że moja lista jest dobra. Byłoby mi też pewnie milo gdyby kiedyś okazało się ,że dzisiejszy wpis pomógł komuś w "pokierowaniu" relacjami między jego pociechami. Kto wie ...
piątek, 22 stycznia 2016
LISTA "POD DZIADKA" CZYLI 10 UTWORÓW MUZYCZNYCH KOJARZĄCYCH MI SIĘ Z DZIADKIEM LUB MU DEDYKOWANYCH :)
Ważnym elementem mojego życia jest muzyka. Co prawda sama na niczym nie gram ,ale muzyka stanowi tło mojej codzienności .Czyniąc ją przyjemniejszą. Towarzyszy mi przez większość dnia. Kiedy nie mogę słuchać muzyki to sama mruczę coś pod nosem lub zabieram się za fałszowanie... :)
Dzisiejszy, muzyczny wpis, tworzę z myślą o jednym z moich dziadków. Chciałabym pisać go z myślą o wszystkich moich dziadkach , ale pozostali trzej nie "wyryli" mi się w pamięci żadnymi utworami. A szkoda , bo lista mogłaby stać się jeszcze bardziej różnorodna ...
Ach!Zapomniałabym - jeden z moich dziadków lubił spędzać letnie dni na siedzeniu pod drzewem i mruczeniu różnych melodii. Wiadomo zatem skąd mi się wzięło to mruczenie , o którym pisałam powyżej...
Czyli jednak nie jeden dziadek wpłynął na mnie muzycznie, a dwóch. :)
Zajmijmy się jednak tym czym ma być ten post. Mówię tu o mojej liście...
1. Wybranie pierwszego miejsca na liście nie było łatwe. Ponieważ album z którego pochodzi kawałek podoba mi się w caaałooości ! Ostatecznie zdecydowałam się na umieszczenie tu tego utworu :
https://www.youtube.com/watch?v=4_7zkXv17QE
Piosenka, którą tu wrzuciłam, nosi tytuł Candela i pochodzi z albumu BuenaVista Social Club.
Piosenka, którą tu wrzuciłam, nosi tytuł Candela i pochodzi z albumu BuenaVista Social Club.
Kawałek (jak zresztą cała płyta) kojarzy mi się z beztroskimi chwilami spędzanymi u moich dziadków.
I tylko nie mogę sobie przypomnieć czy utwór ten znam , bo Dziadek był w posiadaniu tego albumu czy może dlatego,że pojawiał się w pewnej radiowej audycji.:)
2. Drugi kawałek częściej niż u dziadków , umilał mi chwile w domu. Dedykuję go jednak Dziadkowi ponieważ wiem ,że lubi tanga. A jeśli się nie mylę , chyba ma płytę , z której pochodzi ten utwór:
https://www.youtube.com/watch?v=I1rz9MxNyo8&list=PL4Xx6Nw6IXOeleZDOgYJ7XZLfYtORK3Z2
Una Musica Brutal to dzieło francusko- argentyńskiego zespołu o bardzo ciekawej nazwie Gotan Project. Ciekawej bo gdy weźmiemy na warsztat pierwszy człon nazwy zespołu i zamienimy miejscami "tan" i "go" to wyjdzie nam... No właśnie- tango. :)
3. Następny utwór może być zaskoczeniem dla młodszych osób , które tu zajrzały. Dlaczego? :)
Sprawdźcie sami poniższy link :
https://www.youtube.com/watch?v=Oyr8O-mhfOA
Mój Dziadek zachwycił się kiedyś pewnym koncertem hip- hopowym. Ktoś postanowił zainspirować się tym faktem i kupił mu (chyba na gwiazdkę) prezent. Prezentem była płyta składu Kaliber 44 o nazwie 3:44.
A wrzucony tu przeze mnie kawałek, to pozbawiona wulgaryzmów Wena. :)
4. Kawałek kryjący się na mojej liście pod cyferką cztery to :
https://www.youtube.com/watch?v=09Vy0nLUXcg
Kto dogoni psa to numer który pojawił się w 2005 roku i swą treścią cieszył polską młodzież (i nie tylko) . "Ojcem" tego utworu był Mleko, zwany przez niektórych, raperem jednego kawałka. Coś w tym jest ponieważ,jeśli ktoś nie zaopatrzył się kiedyś, w płytę tego twórcy (Ogólne tematy) to teraz się musi wysilić, żeby znaleźć w sieci inne, pochodzące z niej numery. Jeśli jednak jesteście bardzo ciekawi, co robił Mleko nim powstało Kto dogoni psa, wpiszcie na YT : Born Juices. :)
Nie wiem jaki był stosunek Dziadka do całej piosenki ale jedno jest pewne - bardzo lubił jej refren.Często go nucił i podkręcał radio za każdym razem gdy rozbrzmiewał w radiu.
5. Jesteśmy już w połowie listy. Pora na trochę jazzu .:) Chociaż kawałek, który zaraz będziecie sobie mogli odtworzyć , uwielbiam w każdej aranżacji :
https://www.youtube.com/watch?v=qID3_70KAtk
Utwór pochodzi z wydanego w 2011 roku, studyjnego albumu Leszka Możdżera. Płyta zawiera instrumentalne interpretacje kompozycji Krzysztofa Komedy. Co prawda nie miałam okazji słychać tego krążka u dziadków ale jestem pewna, że nie jest on obcy Dziadkowi. :)
6. Zatrzymajmy się na chwilę przy muzyce jaką jest jazz. Dorzućmy jednak jakiś wokal. Na przykład kobiecy. Dorzućmy też jakieś inne instrumenty. Co na nam z tego wyszło? :)
https://www.youtube.com/watch?v=epRXoS_P0lk
Ella Fitzgerald zwana również Pierwszą Damą Piosenki, w 1959 roku wydała album o nazwie Get Happy! Wybrany przeze mnie utwór właśnie z tej płyty pochodzi. :) Bardzo lubię jej swingowanie. :)
7. Kawałek kryjący się pod tą cyfrą to (raczej) mało znany utwór bardzo znanego zespołu metalowego.
https://www.youtube.com/watch?v=Sh5S3OxiE-s
No Leaf Clover to kawałek Metallici. Wybrałam go ponieważ został nagrany z orkiestrą symfoniczną, z San Francisco. Wybrałabym go pewnie nawet gdyby orkiestra była z jakiegokolwiek innego miejsca na naszym globie. :) Czuję ,że Dziadkowi przypadnie do gustu ten kawałek właśnie ze względu na udział w nim sekcji smyczkowej.
8. Utwór , który mam przyjemność teraz tu wrzucić jest bardzo przyjemny dla ucha. I ma zabawną genezę. Ale o tym niżej. Najpierw posłuchajcie :
https://www.youtube.com/watch?v=5WybiA263bw
Piosenka Sweetest Thing stworzona została jako "przeprosinowy " prezent. Bono, wokalista grupy U2 , zapomniał kiedyś o urodzinach swojej żony... Chcąc jej to jakoś zadość uczynić napisał ten kawałek.:) Jeśli ktoś pisałby dla mnie piosenki to mógłby zapominać o moich urodzinach co roku.:)
9. Co prawda początkowo chciałam przy dziewiątce udostępnić utwór z zupełnie innego gatunku muzycznego .Niestety nie znalazłam tego czego szukałam. Ale cieszę się , że przy okazji wpadłam na ten:
https://www.youtube.com/watch?v=PD-MdiUm1_Y
Kashmir zespołu Led Zeppelin pochodzi z płyty pod tytułem Physical Graffity, a w wersji]a którą ja wrzuciłam pochodzi z albumu Celebration Day. Jest to materiał nagrany na koncercie w Londynie, w 2007 roku.
10. To co znajdziecie pod numerem dziesiątym mnie samą zaskoczyło. Zaskoczyło i zachwyciło.Mimo, że link nie zawiera tylko muzyki , to pod względem muzycznym jest na wysokim poziomie (moim zdaniem).:)
https://www.youtube.com/watch?v=GNZBSZD16cY
Pewnie zastanawiacie się ,czemu beatbox wrzucam na listę dedykowaną Dziadkowi ? Po udostępnieniu przeze mnie na tej liście hip hopu nie powinniście się nad takimi rzeczami zastanawiać...
Dziadek często przy niedzielnych obiadkach opowiada o tym co go w ostatnim czasie zainspirowało. Kiedyś opowiadał , że miał okazję oglądać jakieś potyczki beatboxerów i że bardzo mu się podobało. Ja to zapamiętałam i oto jest! :D To coś samo wpadło mi w ręce , ale myślę ,że spokojnie może stanowić "wisienkę na tym torciku". :)
Mam nadzieję ,że mój dzisiejszy wpis jest dowodem na to ,że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale również łączy pokolenia... :)
I tylko nie mogę sobie przypomnieć czy utwór ten znam , bo Dziadek był w posiadaniu tego albumu czy może dlatego,że pojawiał się w pewnej radiowej audycji.:)
2. Drugi kawałek częściej niż u dziadków , umilał mi chwile w domu. Dedykuję go jednak Dziadkowi ponieważ wiem ,że lubi tanga. A jeśli się nie mylę , chyba ma płytę , z której pochodzi ten utwór:
https://www.youtube.com/watch?v=I1rz9MxNyo8&list=PL4Xx6Nw6IXOeleZDOgYJ7XZLfYtORK3Z2
Una Musica Brutal to dzieło francusko- argentyńskiego zespołu o bardzo ciekawej nazwie Gotan Project. Ciekawej bo gdy weźmiemy na warsztat pierwszy człon nazwy zespołu i zamienimy miejscami "tan" i "go" to wyjdzie nam... No właśnie- tango. :)
3. Następny utwór może być zaskoczeniem dla młodszych osób , które tu zajrzały. Dlaczego? :)
Sprawdźcie sami poniższy link :
https://www.youtube.com/watch?v=Oyr8O-mhfOA
Mój Dziadek zachwycił się kiedyś pewnym koncertem hip- hopowym. Ktoś postanowił zainspirować się tym faktem i kupił mu (chyba na gwiazdkę) prezent. Prezentem była płyta składu Kaliber 44 o nazwie 3:44.
A wrzucony tu przeze mnie kawałek, to pozbawiona wulgaryzmów Wena. :)
4. Kawałek kryjący się na mojej liście pod cyferką cztery to :
https://www.youtube.com/watch?v=09Vy0nLUXcg
Kto dogoni psa to numer który pojawił się w 2005 roku i swą treścią cieszył polską młodzież (i nie tylko) . "Ojcem" tego utworu był Mleko, zwany przez niektórych, raperem jednego kawałka. Coś w tym jest ponieważ,jeśli ktoś nie zaopatrzył się kiedyś, w płytę tego twórcy (Ogólne tematy) to teraz się musi wysilić, żeby znaleźć w sieci inne, pochodzące z niej numery. Jeśli jednak jesteście bardzo ciekawi, co robił Mleko nim powstało Kto dogoni psa, wpiszcie na YT : Born Juices. :)
Nie wiem jaki był stosunek Dziadka do całej piosenki ale jedno jest pewne - bardzo lubił jej refren.Często go nucił i podkręcał radio za każdym razem gdy rozbrzmiewał w radiu.
5. Jesteśmy już w połowie listy. Pora na trochę jazzu .:) Chociaż kawałek, który zaraz będziecie sobie mogli odtworzyć , uwielbiam w każdej aranżacji :
https://www.youtube.com/watch?v=qID3_70KAtk
Utwór pochodzi z wydanego w 2011 roku, studyjnego albumu Leszka Możdżera. Płyta zawiera instrumentalne interpretacje kompozycji Krzysztofa Komedy. Co prawda nie miałam okazji słychać tego krążka u dziadków ale jestem pewna, że nie jest on obcy Dziadkowi. :)
6. Zatrzymajmy się na chwilę przy muzyce jaką jest jazz. Dorzućmy jednak jakiś wokal. Na przykład kobiecy. Dorzućmy też jakieś inne instrumenty. Co na nam z tego wyszło? :)
https://www.youtube.com/watch?v=epRXoS_P0lk
Ella Fitzgerald zwana również Pierwszą Damą Piosenki, w 1959 roku wydała album o nazwie Get Happy! Wybrany przeze mnie utwór właśnie z tej płyty pochodzi. :) Bardzo lubię jej swingowanie. :)
7. Kawałek kryjący się pod tą cyfrą to (raczej) mało znany utwór bardzo znanego zespołu metalowego.
https://www.youtube.com/watch?v=Sh5S3OxiE-s
No Leaf Clover to kawałek Metallici. Wybrałam go ponieważ został nagrany z orkiestrą symfoniczną, z San Francisco. Wybrałabym go pewnie nawet gdyby orkiestra była z jakiegokolwiek innego miejsca na naszym globie. :) Czuję ,że Dziadkowi przypadnie do gustu ten kawałek właśnie ze względu na udział w nim sekcji smyczkowej.
8. Utwór , który mam przyjemność teraz tu wrzucić jest bardzo przyjemny dla ucha. I ma zabawną genezę. Ale o tym niżej. Najpierw posłuchajcie :
https://www.youtube.com/watch?v=5WybiA263bw
Piosenka Sweetest Thing stworzona została jako "przeprosinowy " prezent. Bono, wokalista grupy U2 , zapomniał kiedyś o urodzinach swojej żony... Chcąc jej to jakoś zadość uczynić napisał ten kawałek.:) Jeśli ktoś pisałby dla mnie piosenki to mógłby zapominać o moich urodzinach co roku.:)
9. Co prawda początkowo chciałam przy dziewiątce udostępnić utwór z zupełnie innego gatunku muzycznego .Niestety nie znalazłam tego czego szukałam. Ale cieszę się , że przy okazji wpadłam na ten:
https://www.youtube.com/watch?v=PD-MdiUm1_Y
Kashmir zespołu Led Zeppelin pochodzi z płyty pod tytułem Physical Graffity, a w wersji]a którą ja wrzuciłam pochodzi z albumu Celebration Day. Jest to materiał nagrany na koncercie w Londynie, w 2007 roku.
10. To co znajdziecie pod numerem dziesiątym mnie samą zaskoczyło. Zaskoczyło i zachwyciło.Mimo, że link nie zawiera tylko muzyki , to pod względem muzycznym jest na wysokim poziomie (moim zdaniem).:)
https://www.youtube.com/watch?v=GNZBSZD16cY
Pewnie zastanawiacie się ,czemu beatbox wrzucam na listę dedykowaną Dziadkowi ? Po udostępnieniu przeze mnie na tej liście hip hopu nie powinniście się nad takimi rzeczami zastanawiać...
Dziadek często przy niedzielnych obiadkach opowiada o tym co go w ostatnim czasie zainspirowało. Kiedyś opowiadał , że miał okazję oglądać jakieś potyczki beatboxerów i że bardzo mu się podobało. Ja to zapamiętałam i oto jest! :D To coś samo wpadło mi w ręce , ale myślę ,że spokojnie może stanowić "wisienkę na tym torciku". :)
Mam nadzieję ,że mój dzisiejszy wpis jest dowodem na to ,że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale również łączy pokolenia... :)
czwartek, 21 stycznia 2016
Kiedy sięgam pamięcią wstecz i próbuję przywołać swoje pierwsze w życiu wspomnienia to przed oczami staje mi siwowłosa , drobna kobieta, bujająca małą dziewczynkę na swych kolanach.Kobieta to jedna z moich Babć a dziewczynka to oczywiście ja. W późniejszych latach często wydawało mi się ,że ta Babcia wcale mnie nie lubi , dziś sądzę ,że tylko mi się wydawało.I nawet jeśli rzeczywiście nie byłam jej ulubienicą to jest to nieistotne ponieważ jestem jej wdzięczna za każdy trud włożony w wychowanie mnie. Za każdy poświęcony mi wieczór, kiedy to z mozołem uczyła mnie pacierza.Za każdą skarpetę zrobioną dla mnie na drutach. Za każde "kazanie" z jej ust, które z biegiem lat ewoluowało w mojej głowie z zwykłego marudzenia w troskę.Za każdą próbę nauczenia mnie czegoś.Za każdy ogień rozpalany w naszym piecu. by nie było zimno.Za to ,że przez lata było mi dane obserwować jedną z najbardziej żwawych i pracowitych staruszek jakie znam. Po prostu za wszystko...
Minęło sporo lat od kiedy Babcia bujała mnie na kolanach i niesamowite jest to,że ona wygląda wciąż tak samo.To niesamowite i zgubne zarazem bo daje mi złudzenie,że jeszcze zdążę podziękować jej za to co dla mnie zrobiła i przeprosić za wszystkie problemy, których niejednokrotnie przysporzyłam.Czas mija a ja w myślach proszę ją ,żeby jeszcze trochę wytrzymała na tym świcie.Proszę i obiecuję,że w końcu przyjadę i powiem jej to wszystko co napisałam tu, wyżej a może nawet i więcej...
Druga Babcia to kobieta , która osiwieć (niestety) nie zdążyła. Ze względu na to,iż mieszkała trochę dalej niż ta pierwsza, przypadła jej rola Babci rozpuszczającej. Chęć do rozpieszczania opuszczała ją pewnie po pierwszym dniu goszczenia mnie u siebie w ferie czy inne wakacje ponieważ byłam "niegrzecznym" dzieckiem. Moja niesforność doprowadzała ją do szału. Dodać tu muszę ,że Babcia miała hopla na punkcie porządku i nawet frędzle przy dywanie traktowała starą szczotką(kilka razy dzienne). No i ja te frędzle jej zawsze "czochrałam" powłócząc nogami. To oczywiście nie było moje jedyne przewinienie,po prostu zapamiętałam je tak wyraźnie gdyż to był bardzo błahy powód by się na kogoś pieklić.
Babcia miała wiele swoich specyficznych i jednocześnie zabawnych zachowań. Na przykład gdy piła kawę to zawsze odchylała mały palec (twierdząc,że tak kiedyś piła arystokracja). Zabawny był też jej makijaż , który wykonywała przed każdym wyjściem z domu. Zawsze rysowała sobie dwie czarne krechy nad oczami i jeśli mnie pamięć nie myli , to dorysowywała sobie pieprzyki. Już jako małe dziecko zadawałam sobie pytanie: "Czemu ona to sobie robi?". Ach! I nie zapomnę jak nawijała sobie włosy na wałki. Zawsze na noc...
Jednak mimo tych różnych dziwactw bardzo mi jej brakuje.Gdzieś w środku czuje żal ,że nie mogę zadać jej tych wszystkich pytań ,które chciałabym zadać,że nie poznała swoich prawnuczek...
Moje życie potoczyło się tak,że mogę się pochwalić jeszcze dwiema Babciami.Tak na prawdę kobiet ,do których zwracam się w ten sposób jest trochę więcej i wszystkie je darze sympatią, ale w moim dzisiejszym wpisie skupie się na tych, które pojawiły się w moim życiu ,w dzieciństwie. Tym wczesnym i tym późniejszym.
Babcia numer trzy, to osoba która bardzo mi imponuje. To urocza istota niepozbawiona stylu i smaku.W
moich oczach jest człowiekiem , który znajduje czas na wszystko a w każdym bądź razie na bardzo wiele. Od kilku lat zachodzę w głowę jak jeden człowiek jest w stanie niemalże jednocześnie : pracować, w nienaganny sposób prowadzić dom,dobrze gotować,prowadzić życie towarzyskie,(swego czasu) ćwiczyć pilates , mieć hobby, uczyć się, czytać książki, latem dbać o ogród, zimą robić na drutach, zajmować się wnukami (gdy zajdzie taka potrzeba) i jeszcze dbać o swoją urodę . A wszystko to przy zachowaniu stoickiego spokoju, zero frustracji. Szczerze mówiąc nie słyszałam nigdy z jej ust marudzenia, że jest zmęczona czy coś tym stylu. Nie wiem jak ta kobieta to robi... Klasa sama w sobie. Moja Babcia chyba jest czarodziejką! Choć teraz wpadło mi do głowy ,że aby być takim człowiekiem trzeba po prostu kochać życie. Życie, siebie i bliskich.
Często myślę sobie ,że chciałabym być taka jak moja trzecia Babcia. Lubię stawiać ją sobie za wzór do naśladowania. Pocieszam się ,że może z czasem mi się uda i że życie samo podsunie mi jak mam to zrobić, żeby się udało. Z drugiej strony obawiam się jednak, że to niewyuczalne...
Nadeszła pora aby napisać o mojej czwartej Babci. Niestety, podobnie jak druga Babcia, już nie żyje. Zanim odeszła pozostawiła trochę miłych wspomnień w mojej pamięci.Poznałam ją na krótko przed zdiagnozowaniem u niej raka mózgu. Była to wtedy zadbana, wcale nie taka starsza, pani.A przy tym był to rodzaj tej Babci , która podtykała człowiekowi talerz pod nos , mówiąc: " No zjedz jeszcze".: :) Pamiętam również jej kartki. Nim zachorowała , często słała do nas kartki. Kartki były wyjątkowe ponieważ Babcia sama je robiła. A potem diagnoza , zabieg i ... Babcia nie przysyłała nam już kartek bo ich nie robiła. Nie potrafiła.
W ostatnim roku swojego życia przebywała w pewnym centrum rehabilitacyjno leczniczym. Nie cierpiała tam wszystkiego. Co prawda nie skarżyła się raczej na personel. Ale np. non stop skarżyła mi się na swoje koleżanki z pokoju. :) . I kiedyś Babcia zwierzyła mi się również ,że nie cierpi terapii zajęciowej. Strasznie męczyło ją to, iż nie jest już taka sprawna manualnie. I że rzeczy które kiedyś zrobiła by bez problemu w krótką chwilę, wówczas sprawiały jej ogromny problem.
Jedno mimo jej choroby nigdy się nie zmieniło. Babcia nadal lubiła o siebie dbać. W jej kosmetyczce ciągle było sporo kosmetyków. Pamiętam jak cieszyła się gdy malowałam jej paznokcie. To była jedyna osoba , u której udało mi się nigdy nie wyjechać lakierem poza paznokieć. Miała jakąś taką wdzięczną płytkę... :)
Babcie są różne . Ale dobrze , że są bo to niesamowite kucharki , kopalnie niesamowitych historii i dostarczycielki pięknych wspomnień i emocji...
Wszystkim Babciom życzę: Dużo zdrowia , miłości i spełnienia marzeń ( na pewno jeszcze jakieś macie)! :)
Moje życie potoczyło się tak,że mogę się pochwalić jeszcze dwiema Babciami.Tak na prawdę kobiet ,do których zwracam się w ten sposób jest trochę więcej i wszystkie je darze sympatią, ale w moim dzisiejszym wpisie skupie się na tych, które pojawiły się w moim życiu ,w dzieciństwie. Tym wczesnym i tym późniejszym.
Babcia numer trzy, to osoba która bardzo mi imponuje. To urocza istota niepozbawiona stylu i smaku.W
moich oczach jest człowiekiem , który znajduje czas na wszystko a w każdym bądź razie na bardzo wiele. Od kilku lat zachodzę w głowę jak jeden człowiek jest w stanie niemalże jednocześnie : pracować, w nienaganny sposób prowadzić dom,dobrze gotować,prowadzić życie towarzyskie,(swego czasu) ćwiczyć pilates , mieć hobby, uczyć się, czytać książki, latem dbać o ogród, zimą robić na drutach, zajmować się wnukami (gdy zajdzie taka potrzeba) i jeszcze dbać o swoją urodę . A wszystko to przy zachowaniu stoickiego spokoju, zero frustracji. Szczerze mówiąc nie słyszałam nigdy z jej ust marudzenia, że jest zmęczona czy coś tym stylu. Nie wiem jak ta kobieta to robi... Klasa sama w sobie. Moja Babcia chyba jest czarodziejką! Choć teraz wpadło mi do głowy ,że aby być takim człowiekiem trzeba po prostu kochać życie. Życie, siebie i bliskich.
Często myślę sobie ,że chciałabym być taka jak moja trzecia Babcia. Lubię stawiać ją sobie za wzór do naśladowania. Pocieszam się ,że może z czasem mi się uda i że życie samo podsunie mi jak mam to zrobić, żeby się udało. Z drugiej strony obawiam się jednak, że to niewyuczalne...
Nadeszła pora aby napisać o mojej czwartej Babci. Niestety, podobnie jak druga Babcia, już nie żyje. Zanim odeszła pozostawiła trochę miłych wspomnień w mojej pamięci.Poznałam ją na krótko przed zdiagnozowaniem u niej raka mózgu. Była to wtedy zadbana, wcale nie taka starsza, pani.A przy tym był to rodzaj tej Babci , która podtykała człowiekowi talerz pod nos , mówiąc: " No zjedz jeszcze".: :) Pamiętam również jej kartki. Nim zachorowała , często słała do nas kartki. Kartki były wyjątkowe ponieważ Babcia sama je robiła. A potem diagnoza , zabieg i ... Babcia nie przysyłała nam już kartek bo ich nie robiła. Nie potrafiła.
W ostatnim roku swojego życia przebywała w pewnym centrum rehabilitacyjno leczniczym. Nie cierpiała tam wszystkiego. Co prawda nie skarżyła się raczej na personel. Ale np. non stop skarżyła mi się na swoje koleżanki z pokoju. :) . I kiedyś Babcia zwierzyła mi się również ,że nie cierpi terapii zajęciowej. Strasznie męczyło ją to, iż nie jest już taka sprawna manualnie. I że rzeczy które kiedyś zrobiła by bez problemu w krótką chwilę, wówczas sprawiały jej ogromny problem.
Jedno mimo jej choroby nigdy się nie zmieniło. Babcia nadal lubiła o siebie dbać. W jej kosmetyczce ciągle było sporo kosmetyków. Pamiętam jak cieszyła się gdy malowałam jej paznokcie. To była jedyna osoba , u której udało mi się nigdy nie wyjechać lakierem poza paznokieć. Miała jakąś taką wdzięczną płytkę... :)
Babcie są różne . Ale dobrze , że są bo to niesamowite kucharki , kopalnie niesamowitych historii i dostarczycielki pięknych wspomnień i emocji...
Wszystkim Babciom życzę: Dużo zdrowia , miłości i spełnienia marzeń ( na pewno jeszcze jakieś macie)! :)
wtorek, 19 stycznia 2016
SUBIEKTYWNIE O OKNACH ŻYCIA i PEWNEJ ALTERNATYWIE
Jest niedziela.Nie pamiętam kiedy tak się leniłam jak tego dnia.Coś mi mówi, że w moich pośladkach i w kanapie jakimś dziwnym cudem znalazł się magnes.Ciężko się podnieść.W dodatku w tv tyle kolorowych obrazków i choinka jeszcze pachnie, choć już dawno nie jest zielona...
Dobra, dosyć tego.:)
Szczęściem , w mojej głowie pojawia się myśl:
"Miałam dziś zrobić wpis , nie mogę tu tak siedzieć.Jeśli tego nie zrobię ,to będzie znaczyło,że mój zapał był słomiany"...
Bla, bla, bla...
Bardzo nie chcę żeby mój zapał okazał się słomiany.Magnesy gdzieś znikają.Wstaje w końcu z tej kanapy.Wyłączam tv.Pogardliwie patrze na choinkę, w myślach mówiąc do niej:
"Fuj! kiedy ty tak zbrzydłaś?"
Ale o czym to ja dziś chciałam pisać.
Aaa tak...O oknach życia.
Kilka dni temu w mediach pojawiła się informacja , o tym, że jakaś matka we Wrocławiu, zostawiła swoją 1,5- roczną córkę w tamtejszym oknie życia.Czytając informacje na ten temat natrafiłam na link, który przypomniał mi,że pod koniec minionego roku ONZ zażądało od Polski zlikwidowania takich miejsc.
Zdaniem Komitetu Praw Dziecka, anonimowe pozostawianie dziecka w oknie życia jest pozbawianiem go tożsamości. ONZ wzywa nas do zastosowania alternatywy dla okien.Sugeruje ,że powinniśmy wziąć przykład z naszych zachodnich sąsiadów i umożliwić kobietom anonimowe porody w szpitalach.Taki poród pozwala dziecku na poznanie tożsamości matki po ukończeniu przez nie szesnastego roku życia.
Wszystko pięknie.Na pewno dobrze by było gdyby w Polsce była taka możliwość.Choć oczywiście jeszcze lepiej by było gdyby nikt nie musiał porzucać swoich dzieci.Jednak w rzeczywistości różne są losy ludzkie...Tak, podobno każdy jest kowalem swojego losu. Ale wiadomo,że kowale są lepsi i gorsi.A poza tym kowale są tylko ludźmi i mają prawo do błędów.
Błędy błędami.Ludzie ludźmi.A ja sądzę ,że Komitet Praw Dziecka nie ma pojęcia o mentalności polskiej...
Polska mentalność powoduje, że coś takiego jak poród anonimowy w polskim szpitalu, to rzecz prawdopodobnie nie możliwa.Z resztą, jeśli prawdą jest, to co przeczytałam- spora część dzieci , które trafiają do okien życia,nie rodzi się w szpitalu tylko np. w domach.
Dlaczego kobiety decydują się rodzić swoje dzieci bez pomocy medycznej?
Pewnie dlatego,że często zależy im na tym aby absolutnie nikt nie dowiedział się o tym ,iż w ogóle urodziły.A przecież w szpitalu musiałyby podać swoje dane...
A na anonimowości zależy im dlatego,że nie chcą być oceniane i potępiane.
I teraz wyobraźmy sobie (zakładając,że w Polsce wprowadzono możliwość anonimowego porodu), taką sytuację:
Kobieta, która przybyła na poród, mówi przy okienku, że poród ma być anonimowy.Osoba w okienku jest zmieszana.Dzwoni na porodówkę i pyta co ma zrobić, bo ona pracuje tu miesiąc i nie wie.Po ożywieniu dobiegającym ze słuchawki przyszła rodząca wnioskuje, że ten poród będzie ciężki bez względu na to czy wystąpią komplikacje czy nie.Dociera w końcu na porodówkę.Położne starają się być dla niej miłe, choć widać że sporo je to kosztuje. Przez salę przewijają się różni doktorzy,jakieś pielęgniarki.Wszyscy niby zachowują się poprawnie ,ale część z nich dziwnie na nią patrzy.Kobieta stara się nie słyszeć tych pokątnych, potępiających ją szeptów.Na domiar złego wchodzi pielęgniarka, która jest siostrzenicą jej sąsiadki.Nie wiadomo skąd ,przecież pracowała w innym szpitalu.Zaraz pojawiają się teksty typu: " Nie wiedziałam ,że pani jest w ciąży, nic mi pani nie mówiła gdy rozmawiałyśmy dwa tygodnie temu","Czemu nie rodzi pani w tym szpitalu bliżej miejsca zamieszkania?".Którejś z położnych wyrywa się: " To poród anonimowy".Ciekawska siostrzenica sąsiadki nie wie gdzie ma oczy podziać.Żegna się jakoś nie wyraźnie i wychodzi.Tymczasem u rodzącej rozwarcie już całkowite, bóle parte też już są. Pora rodzić. Na świecie pojawia się mały człowiek. Kobieta mimo tego,że nie może wrócić do domu z dzieckiem, chce wiedzieć czy ono jest zdrowe. "Co cię to obchodzi, przecież i tak je tu zostawiasz" - Słyszy od położnej. Świeżo upieczona matka- niematka zostaje jeszcze w szpitalu tyle ile musi, po czym wraca do swojego miejsca zamieszkania.A tam wszyscy już wszystko wiedzą.A przynajmniej tak im się wydaje.Wydaje się też im ,że mają prawo kręcić głowami na jej widok. Nie odpowiadać na "dzień dobry" i oceniać.Jasne, kilka osób próbowało stawać w jej obronnie, wypowiadając zdania takie jak: " Lepiej tak niż by miała zabić dziecko i w lesie zakopać". Jednak chęć obrony i odwaga cywilna szybko opuszcza ich pod wpływem potępiających spojrzeń reszty.
To by było tyle jeśli chodzi o anonimowość tego zdarzenia...I mimo tego ,że sytuacja , która została przeze mnie opisana, jest fikcją ,to niestety taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny. I pewnie można by tu napisać o wiele więcej takich prawdopodobnych scenariuszy "anonimowych" porodów
Nie wiem ,czy od momentu powstania okien życia (od 2006 r.), zmniejszyła się ilość zamordowanych noworodków i niemowląt.Nie wiem co stałoby z tymi dziećmi gdyby nie było takich miejsc.Jednak mam prawo przypuszczać,że część z nich nie żyłaby.Zatem zastąpienie tych miejsc porodami "anonimowymi" może przyczynić się do zwiększenia ilości dzieci poupychanych do beczek ,zamrażalników czy zakopywanych w lesie.
Poród w szpitalu, nawet anonimowy, powoduje że matka decydująca się na pozostawienie swojego dziecka , zmuszona będzie spotykać się z różnymi reakcjami.Natomiast zostawiając dziecko w oknie życia, nie będzie musiała patrzeć nikomu w oczy.Nikt nie będzie jej oceniał. Porzucenie dziecka to pewnie dla wielu z tych kobiet ciężka decyzja.Część z nich ,do końca życia zastanawiać się będzie, czy na pewno zrobiła dobrze.Będą borykać się z wyrzutami sumienia.Myślę,że gdy człowiek staje przed podjęciem takiej decyzji, to ostatnią rzeczą jakiej potrzebuje,są gardzące spojrzenia personelu porodówki czy jakiś urzędników.
Co do pozbawiania tożsamości dzieci pozostawianych w oknie: Cóż...Żyło by mi się łatwiej gdybym pewnych faktów z przeszłości swoich rodziców nie znała. Ma to więc swoje plusy... Sądzę też ,że jeśli komuś będzie bardzo zależało na tym by dowiedzieć się kim byli jego rodzice, lub chociaż matka, to po prostu znajdzie sposób.
Uważam ,że nie powinno się likwidować takich miejsc, a alternatywa w postaci anonimowego porodu powinna istnieć ,ale "równolegle" do okien a nie zamiast nich.
W naszym kraju uwielbiamy oceniać ludzi, wyciągać pochopne wnioski i wtykać nos w nie swoje sprawy.A co najciekawsze robimy te wszystkie rzeczy,bojąc się jednocześnie bycia pochopnie osądzanym i wkurzając się ogromnie ,gdy ktoś nadto interesuje się naszym życiem... Pewnie gdyby nie te dwie rzeczy żyło by się nam lepiej na tym świecie.Jednak zmiana mentalności to długi i żmudny proces.Wiem, bo sama co dzień walczę sama ze sobą by nie oceniać i mieć w nosie gdy ktoś osądza mnie...
W ten zimowy, bały dzień życzę Wam jak najmniej sytuacji, w których musicie podejmować trudne decyzje. Jak najmniej sytuacji, podczas których czujecie się osądzani.I jak najmniej sytuacji , gdy to Wy pchacie się do świata z pochopnymi wnioskami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)