Od kilku lat obserwuję, jak osoby, które swego czasu były (i nadal są) dla mnie bardzo ważne, powoli odsuwają się ode mnie, by wreszcie urwać kontakt całkowicie. Nie jestem w stanie podliczyć godzin, które spędziłam nad zastanawianiem się, co było tego przyczyną.W przeszłości zrobiłam wiele głupot i te osoby stały za mną murem, wspierały, pocieszały... Gdzie są teraz kiedy moje życie od kilku lat jest "normalne"?
Gdy szukałam u nich odpowiedzi to zwykle słyszałam, że wszystko jest w porządku między nami i że po prostu brak im czasu i bla, bla, bla ... Nawet mnie takie gadanie przez jakiś czas satysfakcjonowało i myślałam sobie: " Dobra Dorota, weź wyluzuj, przecież świat nie kręci się wokół Ciebie". Z czasem jednak pojawiały się wątpliwości. Szczególnie gdy okazywało się, że ci niegdysiejsi przyjaciele są w stanie wygospodarować całkiem sporo czasu dla każdej innej osoby, tylko nie dla mnie.
Nad zaistniałym stanem rzeczy byłoby mi przejść łatwiej do porządku dziennego, gdyby nie brak szczerości ze strony tych osób. Brak szczerości zarzucam im dlatego, ponieważ na ponawiane z mojej strony pytanie, o przyczynę braku kontaktu, zawsze słyszałam tą samą odpowiedź : Brak czasu.
Co gorsza za tą odpowiedzią, zawsze szły obietnice rychłego kontaktu lub spotkania. Obietnice bez pokrycia. Puste słowa rzucone na odczepnego. Puste słowa, które mimo wszystko dawały nadzieję, na możliwość przebywania z kimś, z kim kiedyś bardzo lubiło się przebywać... Nawet gdy mój rozsądek krzyczał: "Przestań się głupia ekscytować, przecież i tak się nie spotkacie". To moje serce i tak snuło wizje spędzonych wspólnie chwil, przegadanych godzin, wypełnionych śmiechem a czasem łzami...
Przyszły jednak dni, kiedy przestałam się łudzić, że przyjdzie mi spędzać czas z tymi osobami. Jedyne co mi pozostało to, to zastanawianie się nad przyczyną ich nieobecności w moim życiu. Rozmyślania pełne wyrzutów sumienia (bo może za późno "znormalniałam"). Rozmyślania pełne poczucia niższości (bo niewykształcona, bo może za biedna). Nie ukrywam, że przeszło mi nieraz przez myśl, że te osoby odsunęły się ode mnie, z racji tego, że jestem matką. Przecież to żadna przyjemność rozmawiać z kimś pośród hałasu generowanego przez dzieci.
Często zastanawiam się, czy to nie zazdrość przyczyniła się do zerwania kontaktu. Wszak nie narobiłam się w życiu za dużo, a mieszkam w domu, który według niektórych, jest mój. Fakt, że coś tak dużego przyszło mi bez żadnego wysiłku może boleć, prawda? I to nic, że pod względem prawnym ten dom wcale nie należy ani nigdy nie będzie należał do mnie. Kogo to obchodzi... :)
Dziś już nie zastanawiam się nad tym, czemu tych osób nie ma. Nadal za nimi tęsknię, ale mam w sobie tyle siły by pogodzić się z ich nieobecnością i nie zadręczać się pytaniami o nieobecność.Szkoda mi energii na tego rodzaju smutek, wszak mogą mnie przez to ominąć inne niesamowite chwile, przeżyte z innymi, doceniającymi mnie ludźmi.
Życzę im wszystkiego najlepszego, trzymam kciuki za ich życia i kibicuje im mniej lub bardziej skrycie. :)
A Wam życzę szczerości ze strony Waszych przyjaciół i tego byście Wy mieli siłę być szczerzy wobec swoich bliskich...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz