wtorek, 31 maja 2016

JEDYNĄ WRODZONĄ WADĄ DZIECI JEST TO, ŻE DORASTAJĄ...





   Jutro Dzień Dziecka, a ja stoję przy oknie w mojej sypialni i obserwuję dzieci jeżdżące na rowerach. Sporo ich. Część z nich pewnie niewiele starsza od mojej starszej córki. A i rówieśnik jakiś by się znalazł.

   Nagle nachodzi mnie myśl:

   " Przecież Zosia też niedługo będzie chciała wyjść na zewnątrz, poza podwórko. I co wtedy?"

   Przecież tam, za ogrodzeniem, czyha na nią mnóstwo niebezpieczeństw...

   Nie mówię tu o otarciach, siniakach, guzach...

   Ja boję się, że ona wpadnie pod samochód,
   Boję  się ,że się zgubi,
   że ktoś ją porwie dla organów... - Też się boje.

   Jednak wiem, że już niebawem przyjdzie ten dzień, kiedy moja starsza córka przyjdzie i spyta:

   "Mamo, mogę wyjść z podwórka, do dzieci, bawić się z nimi (jak każde normalne dziecko ;))? "

    I szczerze mówiąc... Nie mam w obecnej chwili pojęcia co ja tej mojej pierworodnej wtedy mam powiedzieć... Nie wiem jaki kompromis ewentualnie zaproponować. Nic nie wiem...Normalnie nic.

   A chwile potem zdaje sobie również sprawę ,że gdy ta starsza zacznie bawić się poza podwórkiem, to ta młodsza szybko będzie chciała pójść w jej ślady...

 I teraz to już naprawdę nic nie wiem...

 Serio - Zbaraniałam (nie obrażając baranów oczywiście :) ).

 Abyście nie zbaranieli... I abyście nie zabili swojego wewnętrznego dziecka - ciężko się je wskrzesza.

Doorin Mymind

poniedziałek, 30 maja 2016

#nicodkrywczego



 

   Wpadł mi do głowy pewien pomysł...

   Czasem o mą głowę zahaczają różne myśli. Samotne zdania, które jeśli nie są zapisane - ulatują gdzieś, ale jeśli się je gdzieś utrwali to można potem po nie sięgnąć i rozwijać. Postanowiłam zatem moje krótkie myśli najpierw bazgrać na drzwiach szopy. Potem obfotografowywać, a następnie wrzucać je tutaj z dłuższym lub krótszym komentarzem.

    Nie musiałam długo czekać na pojawienie się "czegoś' w mojej głowie. Pewna bliska mi osoba powiedziała mi ostatnio, że Kosmos nie słyszy "NIE"! 

   Co zatem nam wyjdzie gdy od popularnego powiedzenia (" Nie chwal dnia przed zachodem słońca")  odejmiemy właśnie to słowo ("nie") ?

   Jeśli brać oryginał powiedzenia prawie dosłownie to jest to zdanie zachęcające  (według mojej opinii) do powściągliwości w uleganiu pozytywnym emocjom. Jednak gdy zabierzemy ten negujący szczególik to otrzymujemy coś co wręcz zachęca nas do cieszenia się każdą dobrą rzeczą, która nas w ciągu dnia spotyka.

   No... Bo czemu niby nie?

   Co nam przyszło z posiadania mentalności wiecznie niezadowolonych?

   Żyjemy dzięki temu lepiej? 

   Uszlachetnia nas to w jakiś sposób?

   Nie sądzę... Chyba ,że wydaje się nam, iż nadal żyjemy w średniowieczu. To wtedy możemy uważać się za ascetów biczujących swój umysł negatywnym myśleniem.

   Hmmm... jednak nadal nie uważam aby samo zadręczanie się wnosiło cokolwiek dobrego do naszego życia więc :

   CHWALCIE DZIEŃ PRZED ZACHODEM SŁOŃCA!!!

   Cieszcie się każdą pozytywną rzeczą która Was spotyka, nawet jeśli to z pozoru pierdoła.

   Pewnie wielu z Was pomyśli sobie, że o to ja jestem kolejną osobą która wylewa na Was pseudo motywacyjne wiadro mało istotnych słów... - Tak , być może i jestem. :) (niecelowo) .

   Jednak wiem jedno - moje życie zmieniło się na gorsze gdy przestałam się cieszyć dobrem i tymi pozytywnymi pierdołami, które mnie spotykają a zaczęłam (z czasem wręcz obsesyjnie) przejmować się złymi zdarzeniami, swoimi wadami i wszystkim czym tylko można było sobie popsuć humor. 

   Po prostu przestałam czuć się szczęśliwa a moim życiem zawładnęły frustracja i wiecznie nie zadowolenie. I pół biedy gdybym zatruwała tymi emocjami życie tylko sobie, ale niestety moi najbliżsi obrywali rykoszetem...
   
   Pamiętajcie więc:  Nie warto się nie cieszyć !!! :)

Doorin Mymind